Wszystkie ścieżki prowadzą w stronę… kryzysu – SGS relacja z zawodów.

Sezon ultra uważam za rozpoczęty. Są wakacje i każdy spędza czas tak jak lubi. Ktoś na plaży, ktoś nad jeziorem. Jedni aktywnie, inni pasywnie. Część all inclusive, część po harcersku. Wśród tej całej zgrai znalazło się 500 osób, które postanowiły, spędzić swój wolny czas krążąc z mapą po Górach Stołowych. W tym doborowym gronie, gdzie nikt nikogo nie pyta o normalność przedsięwzięcia, i ja znalazłem swoje miejsce. “Z kim przystajesz, takim się stajesz” – mówiła mama. No i miała rację.

Start w Supermaratonie Gór Stołowych stanowił dla mnie sprawdzian obecnej formy i tego jak przebiega proces budowania wytrzymałości pod kątem jesiennych biegów ultra. Jak pokazał start, proces raczej “przechodzi” powoli, niż “przebiega”, tak jak powinien… ale po kolei.

Zawody rozpoczynały się w sobotę o godzinie 9.00. Z przyjemnością wykorzystałem jeden z największych walorów biegów ultra, czyli brak konieczności prowadzenia rozgrzewki. Naprawdę, tempo biegu i jego długość powodują, że nie ma co się rozgrzewać. Można zrobić kilka wymachów i krążeń ramion, ale nic ponadto.

Tuż przed startem zamieniłem kilka słów ze znajomymi. Klasycznie, żarty sypały się z rękawa. Swoją drogą fascynujące jest, jak bardzo bronimy się przed myślą, że nadchodzący bieg będzie najnormalniej w świecie bolał. Równo o 9.00 ruszyliśmy! Tłum biegaczy zerwał się w zawrotnym tempie 5:30, co i tak było grubą przesadą jak na ten etap biegu. Biegłem spokojnie na pozycji 3-5 obserwując dwójkę uciekinierów. Był w niej kilkukrotny tryumfator biegu – Artur Jabłoński. Kusiło mnie, żeby zrobić mocniejszą przebieżkę i doskoczyć do niego, ale uznałem, że na pozostałych 52 km spokojnie zdążę odrobić stratę. Trasa prowadziła łagodnie w górę polami i leśnymi ścieżkami. Biegłem tuż obok Bartka Groczycy, z którym wymieniliśmy kilka uprzejmości. Czas leciał, a my spokojnie pokonywaliśmy kolejne kilometry.

Artur nawigator

Można by podejrzewać, że jak ktoś wygrywa dany bieg i przyjeżdża na niego niemal co roku, to zna trasę jak własną kieszeń. Artur Jabłoński – lider biegu na pierwszym etapie rywalizacji udowodnił, że takie założenia są błędne.

3. kilometr biegu – wszystkie taśmy na łące wskazują na to, że należy wybrać skręt w lewo. Spoglądamy przed siebie, a Artur radośnie zasuwa w prawo. Krzyknęliśmy do niego, żeby zawracał – po raz pierwszy.

7. kilometr biegu – wspinamy się pod naprawdę stromą górkę, wszyscy poza Arturem idą. W ten sposób lider odskakuje na 50 metrów. Docieram do leśnej krzyżówki na drugiej pozycji – spoglądam w lewo – taśma wyznaczająca trasę biegu. Spoglądam w prawo – Artur zasuwa w przeciwnym kierunku. Wydarliśmy się w jego stronę ponownie. Zawrócił!

Przez chwilę zrobiło się śmiesznie. Rzuciliśmy dwa zgryźliwe żarty i ruszyliśmy dalej. Nie minęły kolejne 3 kilometry i Artur, który ponownie wyszedł na prowadzenie, pobiegł prosto przed siebie na krzyżówce, gdzie należało skręcić w prawo. 🙂

Zawołaliśmy go po raz ostatni. Nie wiem, czy z rozsądku, czy z powodów taktycznych, ale był to ostatni moment podczas biegu, gdy Artur biegł na czele stawki.

13 km – I punkt odżywczy

Do pierwszego punktu odżywczego dobiegliśmy w dobrych nastrojach w składzie – Bartek Gorczyca, Artur Jabłoński, Tomasz Jabłoński (przypadkowa zbieżność nazwisk) i ja. Szybko uzupełniliśmy bidony, chwyciliśmy w dłoń kilka kawałków arbuza i ruszyliśmy w dalszą podróż.

Bartek wybiegł z punktu jako pierwszy, ja tuż za nim. W pamięci miałem zeszłoroczny Bieg 7 Dolin, gdy Bartek na pierwszym punkcie odżywczym odskoczył mi na dobre 2 minuty. Tym razem chciałem uniknąć nerwowego gonienia przeciwnika. Jednym okiem obserwowałem arbuzy, drugim Bartka. Uwinęliśmy się znacznie szybciej niż Artur i Tomek i w zasadzie od 14 kilometra biegliśmy już tylko we dwójkę.

Kilometry leciały. Trasa swoim charakterem oddawała duszę nastoletniej buntowniczki – tysiąc zakrętów między kamieniami, jagodami i grzybami. Raz spod stóp sypał się piach, innym razem skakaliśmy po kamieniach. Odcinki skrajnie trudne przeplatały się z szerokimi duktami. W kilku miejscach musieliśmy się przeciskać między kamiennymi szczelinami. Nudno nie było.

Zmienialiśmy się na prowadzeniu co kilka kilometrów. Dla mnie, jako nadal mało doświadczonego biegacza górskiego, było to bardzo cenne doświadczenie. Podglądałem jak Bartek wybiera optymalne przejścia, jaki dystans zachowuje w odległości między nami i na jakich fragmentach pracuje mocniej. Dużo cennych elementów, które liczę, że zaprocentują w moim bieganiu.

22 km – II punkt odżywczy

Na drugim, a w zasadzie tym samym co poprzednio punkcie, o który trasa ponownie zahaczała, przywitał nas Piotr Hercog. Organizator imprezy, ale przede wszystkim znakomity biegacz górski. Rzucił w naszym kierunku kilka mobilizujących słów, co dodało nam energii. Przy okazji minęliśmy grupę kibiców, którzy pokrzykiwali: “Dawaj Bartek i Ty drugi!”. Taki doping zawsze mobilizuje mnie podwójnie. 🙂

Trasa kluczyła przeróżnymi szlakami. W kilku miejscach przecinała się z wcześniejszymi odcinkami. W pewnym momencie Bartek zapytał się, czy na pewno dobrze biegniemy. Byłem spokojny, ponieważ po tym jak rok temu przebiegłem w ramach zawodów 50 kilometrów poza trasą, postanowiłem, że nigdy więcej nie stanę na starcie bez zegarka z wgraną mapą biegu.

33 km – Pasterka

Wreszcie, po niecałych 3 godzinach zameldowaliśmy się w punkcie przy schronisku Pasterka. Wokół punktu rozłożonego na polanie zgromadziło się sporo turystów, wszyscy oklaskiwali i zagrzewali nas do biegu. Po wybiegnięciu z lasu poczułem, że pogoda zrobiła się naprawdę rewelacyjna. Szkoda, że na plażowanie, a nie bieganie po górach, no ale co poradzić. Po raz kolejny napełniliśmy bidony przy pomocy wolontariuszy i ruszyliśmy dalej.

Czułem się naprawdę dobrze. Regularnie uzupełniałem płyny, zjadłem dwa żele, kontrolowałem tempo i samopoczucie. Wszystko było pod pełną kontrolą. Bardzo mnie to cieszyło, ponieważ przed biegiem poczyniłem bardzo proste założenia taktyczne – bieg jak najmniejszym kosztem energetycznym do Pasterki z kontrolą lidera (zakładałem, że będzie to Artur albo Bartek). Drugi etap mojego planu zakładał podkręcenie tempa na etapie do kolejnego punktu odżywczego, który zlokalizowany był ok. 40. kilometra.

Skoro wszystko szło jak powinno, zacząłem podkręcać tempo. Byłem świadomy tego, że Bartek był tydzień po długim i ciężkim starcie i nie zaryzykuje zrywu lekko za połową dystansu. Szybko zbudowałem przewagę ok. 2 minut. Taki zapas pozwala na bieg przed przeciwnikiem w odległości, z której rywal nas nie widzi. Niby rzecz banalna, ale dopóki ma się konkurenta w zasięgu wzroku, żyje w człowieku wiara, że może nawiązać jeszcze walkę. Gdy przeciwnik znika z pola widzenia – trudno jest określić, czy przewaga wynosi 2, 4, czy 10 minut. Dokładnie o taki efekt mi chodziło.

Zanim jednak dotarłem do 40, km, trasa zaczęła być kapryśna – odcinek od Wodospadu Paśny prowadził w górę niemal pionowo po kamiennych stopniach. Byłem zmuszony do długich siłowych kroków, a każdy z nich miał do mnie wrócić w postaci bólu mięśni nazajutrz.

40 km – IV punkt odżywczy

Na 40. kilometr dotarłem ostro wymęczony. Poczułem, że skończyły się żarty i radosne pląsanie po kamykach, a zaczął się prawdziwy wyścig. Na punkcie uzupełniłem płyny, ale temperatura powodowała, że problemem stawał się żołądek. Samo wypicie 2 litrów słodkiego płynu do tego etapu powodowało, że czułem niechęć do jedzenia. O przełknięciu żelu nie było mowy. Jedyna energia, jaką przyjmowałem pochodziła z płynów.

Kilometry przestały mijać mi tak szybko jak dotychczas. Cały czas byłem w trybie wyścigowym, ale spoglądając na poziom paliwa zacząłem mieć obawy, czy starczy go w baku na dotarcie do mety.

Na trasie pojawiały się fragmenty, które w innych okolicznościach uznałbym za płaskie, a tymczasem wyciskały ze mnie maksymalny wysiłek. Przy bardziej stromych odcinkach przestałem delikatnie podbiegać, a zacząłem siłowo podchodzić. Błędne koło, które powodowało, że mięśnie ciążyły mi coraz bardziej. Do tego coraz większe żniwo zbierała temperatura. Zacząłem czuć, że po brodzie spływa mi ślina wymieszana z potem. Widok mało estetyczny, ale oddający doskonale mój stan.

47 km – V punkt odżywczy

Dotarłem do punktu. Tryb walki został wyłączony. Ktoś z wolontariuszy pokrzepił mnie, że sporo włożyłem Bartkowi. Zebrałem siły na odpowiedź, że nic z tego nie będzie. Zmęczenie i odwodnienie było na tyle duże, że jedyną opcją na uratowanie mnie z tej sytuacji był kryzys Bartka podobny do tego, jaki sam przechodziłem. W sporcie liczenie na potknięcie rywala, przy braku własnych sportowych argumentów, nigdy nie kończy się dobrze.

Gdzieś przed 50 kilometrem obejrzałem się za siebie uskuteczniając marsz zoomby w stronę mety i zobaczyłem, że zbliża się do mnie Bartek. Zmobilizowałem się do biegu. Coś na wzór ratowania honoru. Nie wiem skąd w człowieku takie decyzje w kryzysowych sytuacjach. Teraz myślę, że mógłbym równie dobrze stanąć obok trasy i pokibicować Bartkowi. Ostatecznie krzyknąłem coś w stylu: “Brawo Bartek!”, co w 100% oddawało moje uznanie dla konkurenta. W odpowiedzi usłyszałem: “WALCZ!”, co wybrzmiało równie szczerze. Właśnie takie momenty tworzą piękno sportu. Można konkurować, walczyć, dawać z siebie wszystko, ale szacun musi być. Jakkolwiek byśmy się nie dojechali na trasie – na mecie będzie zbita piątka.

Na 51. kilometrze jeden z wolontariuszy zabezpieczających trasę krzyknął, że miałem bardzo dużą przewagę nad 3. zawodnikiem. Z jednej strony trochę mnie to ucieszyło, z drugiej poziom motywacji spadł do zera bezwzględnego – Bartek zniknął z pola widzenia, z tyłu pusto.

Zredukowałem tempo do najniższego możliwego na utrzymanie biegowej formy przemieszczania się w przód i spokojnym krokiem wśród kibiców zgromadzonych na deptaku w Karłowie, przemieszczałem się w stronę Szczelińca. Ostatni kilometr to marsz schodami w kierunku mety. Zrobiłem jeszcze po drodze kilka niezbędnych przerw. Na ok. 200 m do mety ponownie spotkałem Piotra Hercoga, który również zmierzał na szczyt. Poklepałem go po plecach i powiedziałem, że ma fantazję. 🙂

Meta

Na metę wbiegłem z czasem 5:00:06. Bartek na ostatnich 5 kilometrach włożył mi ponad 5 minut. Tyle w temacie 🙂 Z kolei 3. na mecie Artur Jabłoński, wciąż aktualny rekordzista trasy zameldował się 22 minuty po mnie! Jak stwierdził sam Artur… zabłądził jeszcze raz na późniejszym etapie (sic!). 🙂

Posiedziałem z chłopakami godzinę dochdząc do siebie po wyścigu. Przeprosiłem ich, jak i Piotra i wskoczyłęm w auto, nie czekając na wieczorną dekorację. W ten oto sposób znalazłem już powód, żeby zajrzeć w Góry Stołowe również za rok. 🙂

Wnioski

Mam dwa zasadznicze – pierwszy, że bardziej przegrałem ten bieg, niż Bartek go wygrał. Nie chcę, żeby zostało to źle zinterpretowane, ale wyścig skończył się tak, a nie inaczej głównie przez moje błędy i poniekąd wciąż niewielkie doświadczenie. Bartek po prostu zrobił swoje – pobiegł mądrze i równo na swoim wysokim poziomie.

Drugi jest taki, że wygrywając ten bieg mogłem dużo zyskać. Chodzi mi o “zysk sportowy”, SGS jest naprawdę prestiżową imprezą w górskim środowisku. Bartek jest człowym polskim góralem. Jadąc do Karłowa, nikt nic ode mnie nie oczekiwał. Mogłem podejść do rywalizacji zupełnie bez presji. Czuję, że zmarnowałem tę okazję. No, ale właśnie dlatego sport jest tak piękny – można w nim zakosztować wszystkich emocji. Liczę, że po cierpkim daniu, kolejny będzie deser.

9 thoughts on “Wszystkie ścieżki prowadzą w stronę… kryzysu – SGS relacja z zawodów.

  1. Artur Jabłoński jest nie tylko specjalistą od biegów ultra, ale też od mylenia trasy na SMGS 🙂
    O ile pamiętam w 2014 roku zaskutkowało to utratą pierwszego miejsca na rzecz Roberta Farona, kolejnym razem mimo pomyłki udało mu się zwyciężyć.
    Jak widać nie jest łatwo biegać “w czubie” 🙂

    1. A to ciekawe historie. 🙂
      Ja po pierwszym roku w górach nie zamierzam biegać już bez śladu GPS. 😉

  2. Gratulacje, rozumiem rozczarowanie, ale to z drugiej strony kolejne cenne doświadczenie. Ponoć można się zaadaptować do biegania w upale…
    Dzięki za relację, jak zawsze dobrze napisaną. Powodzenia za tydzień na Siedemdziesiątce!

    1. Dzięki!
      Z tą adaptacją do upału to bym podchodził ostrożnie. Można lekko przesunąć tolerancję na określone warunki, ale nic ponadto.
      Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *