Upanle treningi – raport 27-03 lipca

Za nami ostatni tydzień czerwca. A to z kolei oznacza, że większość osób rozpoczęła już okres urlopowy, czyli coś na co czekamy często cały rok. Dla mnie początek wakacji oznacza tyle, że w tygodniu powinno znaleźć się kilka dodatkowych godzin na maratoński trening i właśnie dlatego uwielbiam wakacje!

Poniedziałek
Wczesna pobudka, szybka kawa i o 5:45 byłem już na biegowej trasie. Nie powiem, że się wyspałem, ale plusem bez wątpienia była stosunkowo niska temperatura. Zaplanowałem bieg w drugim zakresie, bez konkretów, warunkiem było przebiegnięcie przynajmniej 10 kilometrów poniżej 4 min/km. Udało się z nawiązką: 3 kilometry rozgrzewki, a później 15 kilometrów w przedziale 3:55 – 3:35. Wraz z pokonywanym dystansem starałem się rozpędzać. Wyszło całkiem nieźle, ostatni kilometr nawet w 3:25! Razem z rozbieganiem: 20 kilometrów w niecałe 80 minut.
Wieczorem, po pracy, dokręciłem spokojne 11,5 kilometra. Mimo późnej pory (21:00), gorące powietrze powodowało, że tempo 4:40 wydawało się bardzo szybkie.

Wtorek
Po poprzednim dniu, nie było mowy o niczym innym, jak tylko spokojnym rozbieganiu. Miałem ociężałe nogi i skończyłem trening po 16 kilometrach. Ku mojemu zaskoczeniu średnie tempo z tego biegu wyniosło 4:20. Niby byłem zmęczony, a jednak tempo pokazało coś innego. Trudno czasem poskładać niektóre elementy w całość.

Środa
Wykonałem mocny i bardzo interesujący trening. Mocny, bo zaliczyłem 29 kilometrów w tempie lekko poniżej 4:20 (zazwyczaj spokojne biegi wahają się u mnie w okolicy 4:30). Interesujący, bo od 10 kilometra totalnie improwizowałem z trasą. Wystartowałem tradycyjnie z centrum Wrocławia w stronę Trestna, ale już po 8 kilometrze widziałem z daleka, że kierując się moją stałą trasą – wbiegnę wprost pod burzową chmurę. Wybrałem więc przeciwny kierunek i z lekką obawą podążyłem nieznaną drogą przez Mokry Dwór w kierunku Księża Małego, dalej w stronę centrum.

sroda
Niesamowite uczucie, kiedy uciekasz przed Cumulusami drogą, której nie znasz i nie masz pewności, czy wybiegniesz w miejscu, którego się spodziewasz. Mieszanka lęku, niepewności i adrenaliny – podobne uczucia towarzyszą człowiekowi, gdy jest dzieckiem i pierwszy raz, razem z kolegami wędruje w nieznane. Ekstra uczucie!
Ostatecznie moja ucieczka przed burzą okazała się skuteczna.

Czwartek
Wydolnościowo czułem się dobrze. Gorzej było z nogami, znowu były ociężałe. Zrezygnowałem zatem ze spokojnego biegania i wplotłem w 18 kilometrowe rozbieganie dwa sety:
1) 6 razy 1′ mocno na 2′ odpoczynku
2) 8 razy 30″ mocno na 1′ odpoczynku
Obydwa sety oddzieliłem 2 luźnymi kilometrami. Łącznie 10 minut szybkiego biegu. Nie wiem, czy taka kropelka w treningowym morzu coś da, ale na pewno nie zaszkodzi. Muszę przyznać, że dzięki temu urozmaiceniu, nie myślałem o zmęczonych nogach i trening minął mi zdecydowanie szybciej.

Piątek
W piątek biegałem dopiero wieczorem po pracy: 12,5 km w 56 minut. Przede wszystkim z powodu naszych piłkarzy, przez których nie mogłem zasnąć jeszcze długo po tym, jak zakończyło się pomeczowe studio. Dobrze, że maratony nie kończą się jakimś ‘dobiegiem’ lub serią 5 stumetrowych przebieżek, rozgrywanych między dwoma najlepszymi zawodnikami – bo coś czuję, że tego moje kibicowskie serce mogłoby już nie wytrzymać.

Sobota
Zapowiadał się niewinny trening. W planach był akcent, podobny do tego, który wykonałem w poniedziałek, czyli tempo w okolicach II zakresu. Skoro w poniedziałek nie miałem większych problemów z tym biegiem, to czemu mam mieć tym razem? Na trening w rowerowej asyście wybrała się ze mną Asia. Ruszyłem pewny siebie. Po 3 spokojnych kilometrach, zapowiedziałem mojemu supportowi, że przyspieszam do tempa minimalnie szybszego, od tego, jakim chciałbym przebiec w przyszłości Wingsa.
Po 4 kilometrach byłem już ‘naruszony’, po 8 wyglądałem nieciekawie, po 10 zacząłem wydawać z siebie nieartykułowane dźwięki, a po 12 zatrzymałem się zgięty w pół i popatrzyłem prosto w pełne współczucia oczy Asi i powiedziałem: “Noo.. to jeszcze 60 kilometrów tym tempem i mogę walczyć w Wingsie”. 🙂
Oczywiście piszę półżartem, bo zarówno pogoda, jak i tempo, które systematycznie podkręcałem w trakcie treningu – zrobiło swoje. W efekcie końcowym, wyszedł bardziej BNP w skróconej formie: 3 km spokojnie + 8 w drugim zakresie + 3 w tempie progowym + 1 km na maksa. Na koniec rozbieganie. Razem 21 kilometrów w średnim tempie 4:08 ( w tym 2 minutowy postój).

sobota

Pięknie widać moment “odcięcia” 🙂

Niedziela
Obudziłem się z obawą, że niedzielny trening, podobnie jak poprzedni, będzie mało przyjemnym doświadczeniem. Co prawda, zaplanowane było jedynie 15 kilometrów żółwim tempem, ale sam fakt biegania w taką pogodę był zniechęcający. Wyciągnąłem wnioski i zdecydowałem się na zacienioną trasę w Lesie Rakowieckim. To był dobry wybór. W dodatku biegało mi się bardzo lekko. Nie musiałem walczyć o tempo, nawet się na nim nie koncentrowałem, a wyszło nadzwyczaj dobrze: 15 kilometrów po 4:10, przy tętnie 137 (71% maksa).
Nie pamiętam, kiedy miałem taki stosunek tętno-tempo. Być może po treningu w drugim zakresie mój organizm trafia idealnie w superkompensacje, właśnie po upływie 24 godzin? Będę obserwował tę zależność.

Podsumowanie
Mogę śmiało napisać, że misja “maraton” nabrała pełnego rozpędu. O czym świadczą cyferki z ostatnich 7 dni:
8 treningów
143 kilometry
30 w tempie poniżej 4:00/km

Oby tak dalej. Do maratonu 70 dni.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *