The Ghost Runner

“Moje życie – reżyseria Kubrick (…) kiedyś byłem w roli głównej, ktoś mnie wyciął przy montażu.”
Taco Hemingway

Czy jest ktoś, kto twierdzi, że bieganie jest nudne i przewidywalne? Z pewnością jest, i z pewnością jest w błędzie. Ilekroć zaczyna mi się wydawać, że już nic mnie nie zaskoczy w biegowym rzemiośle, los postanawia spłatać mi figla i udowodnić, że jestem w głębokim błędzie. Nie inaczej było tym razem, podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich (DFBG).

Na początku lipca podjąłem decyzję o kolejnym starcie kontrolnym w drodze do Biegu 7 Dolin, który planuję pokonać we wrześniu. O mojej decyzji, obawach, a także oczekiwaniach, mogliście przeczytać we wpisie –> Zapowiedź startu w DFBG. Czas płynął i wreszcie 21 lipca nadeszła pora weryfikacji teorii w praktyce. Start biegu na dystansie 68 km, na który się zapisałem, odbywał się o 6:00 rano. Z tego względu, nie mając dużego wyboru, wyruszyliśmy z Asią do Lądka Zdroju w przeddzień imprezy. Jako, że był to piątek po południu, sam wyjazd z centrum Wrocławia skutecznie poprzestawiał nam harmonogram dnia. Planowałem o 18:30 odebrać pakiet startowy, a o 19:00 spotkać się na wspólnej kolacji z ekipą Kalenji Team Polska, która brała udział w weekendowej rywalizacji, natomiast o 21:00 słodko spać.

“Chcesz rozśmieszyć Boga – powiedz mu o swoich planach”

Skończyło się tak, że do Lądka dotarliśmy grubo po 19:00. Dalej musieliśmy podskoczyć do Stronia Śląskiego (tam mięliśmy załatwiony nocleg) i gdy wydawało się, że wychodzimy na prostą z czasem – okazało się, że kupiłem 3 butelki wody gazowanej, zamiast zwykłej. Sprawa z pozoru banalna, ale nie o 21:00, gdy za 9 godzin będziesz biegał przez kolejne 6. Zrobiliśmy “szybko” awaryjny kurs do sklep, co w górach wiąże się z kilkunastoma minutami jazdy w jedną stronę po wąskich i krętych drogach. Naturalnie, musiałem pogodzić się z faktem, że wspólnej kolacji z teamem Kalenji tym razem nie będzie. Całe to zamieszanie sprawiło, że do łóżka kładłem się prawie o 23:00. Siedziałem zmarnowany z ciężkimi powiekami i przeglądałem pakiet startowy. Rozłożyłem mapę biegu i przyglądając się trasie na papierze, próbowałem zmusić się do zapamiętania nazw szczytów, jakie przyjdzie mi pokonać już za kilkanaście godzin. O głębszej analizie trasy nie było mowy, byłem na nogach od 4:40 i 5 minut pod ciepłym kocykiem, skutecznie przerwało moją próbę zapamiętania trasy.

Niewątpliwym plusem dużego zmęczenia było to, że w nocy ani razu się nie przebudziłem. Wstałem naprawdę wyspany i w pełni zmobilizowany do działania. Ogarnęliśmy się z Asią i o 5:40 nerwowo wyczekiwałem rozpoczęcia biegu. Przed przyjazdem do Lądka, słyszałem że festiwal ma niepowtarzalny klimat. Co prawda, nie miałem zbyt wiele czasu, żeby się o tym przekonać, ale widok biegaczy, którzy w milczeniu zmierzają na start biegu o 6:00 rano, wyłaniając się z wąskich uliczek i tworząc wspólnie większy strumień zawodników – jest naprawdę ciekawym przeżyciem. Zupełnie inaczej niż na dużych, komercyjnych maratonach. Miałem wrażenie, że każdy z tych zawodników staje na starcie z myślą o walce z samym sobą. Każdy miał na twarzy wymalowany spokój i koncentrację, ale też obawę i szacunek przed dystansem, który przyjdzie mu pokonać. Warto wziąć udział w biegu ultra, tylko po to, żeby móc zobaczyć z bliska tych wszystkich szaleńców.

Równo o 6:00 rano wystartowaliśmy z bramy głównej festiwalu. Po 200 metrach dobiegliśmy do pierwszego zakrętu, tłum ok. 30 osób, każdy doświadczony, mocno zbudowany, z topowym sprzętem. Biegłem w środku tej grupy. Nagle pierwsi zawodnicy zaczęli skręcać ostro w lewo pod górę. Nikt nie zaprotestował i reszta grzecznie zaczęła skręcać za nimi. W tym samym momencie, jakiś przytomniejszy gość, biegnący z tyłu grupy krzyknął: “PROSTO! – Prosto trzeba biec!”. I tym samym facet uratował ok. 30 osób przed pomyleniem trasy już na pierwszym kilometrze. Ktoś inny rzucił w powietrze: “K***a, a tu jeszcze tyle zakrętów!” i wszyscy ryknęli śmiechem, tak jakby ciesząc się na nadchodzące cierpienie.

“K***a, jeszcze tyle zakrętów!”

Minęły 3 kilometry i hierarchia została ustalona. Biegliśmy w czwórkę, z całego towarzystwa znałem jedynie Maurycego Oleksiewicza. Z Maurycym miałem okazję rywalizować podczas WFL 2017. Wiedziałem, że jest mocnym zawodnikiem i jego obecność hamowała mnie przed jakąś głupią szarżą. Pozostali dwaj kompanii, również prezentowali się mocno. Ciekawe jest to, że każdy z nas ma inne warunki somatyczne, a jednak poziom sportowy bardzo podobny. W biegach ulicznych, nie ma miejsca na taką różnorodność budowy ciała.
Od 3 km, leciutko wysunąłem się na prowadzenie. Absolutnie nie wykonywałem żadnego ataku, zrywu – nic z tych rzeczy. Najzwyczajniej i najspokojniej jak tylko potrafiłem biegłem przed siebie, powtarzając ciągle w głowie: “Jeszcze 65 km, pilnuj się!”. Wreszcie dobiegliśmy do naprawdę dużej górki. Na tyle dużej, że nie wahałem się ani chwili przejść do marszu. Po kilku minutach wspinaczki byłem na górze. Spojrzałem w dół – rywale byli ok. 150-200 metrów za mną. Pomyślałem wtedy, że nie ma co uciekać na tak wczesnym etapie wyścigu. Postanowiłem na nich poczekać, wskoczyłem w krzaki, wróciłem na trasę, ale przekonałem się po raz kolejny, że 100 metrów w górach przy tempie 8:30/km, to różnica znacznie większa niż 100 metrów na płaskim maratonie, w tym przypadku blisko 1 minuty przewagi. Przemyślałem sprawę drugi raz i jednak zdecydowałem się ruszyć dalej sam.

Trasa biegu była kompletnie inna, niż moje ścieżki w Karkonoszach, czy na Ślęży. Dominowały wąskie ścieżynki, szerokości na pół chudego biegacza. Nie mam pojęcia jak przemieszczał się pewnymi fragmentami peleton wyścigu, mięli naprawdę wąsko. Do tego sponsorem głównym biegu powinien być jakiś preparat na kleszcze. Wielokrotnie trasa wpadała w takie chabazie, że musiałem biec przez krzaki niczym baletnica z rękami uniesionymi wysoko nad głową. Nie chcę przez to powiedzieć, że trasa była zła – była super, mnie zaskoczyła “dzikością”.

Niebieskie strzałki

Trasa biegu była oznaczona długimi wstążkami rozwieszonymi tak, że w żadnym momencie wyścigu nie traciło się z oczu kolejnego znacznika. Pierwszorzędna robota – piszę to w pełni świadomy swoich słów. Nawet na największej bombie, po 60 km, nie było wątpliwości gdzie trzeba biec dalej. Nieco gorzej wyglądała sytuacja na krzyżówkach i to nie za sprawą złego oznakowania, lecz nieszczęśliwego zbiegu okoliczności.

W ten sam weekend co DFBG, w Lądku odbywał się również “Sudety MTB Challenge”, którego trasy rowerowe pokrywały się z naszymi trasami biegowymi. Kolarze MTB mięli swoje oznakowanie trasy, które składało się z niebieskich strzałek, wskazujących kierunek jazdy. Nieprzygotowany na taką okoliczność biegacz, szybko sugeruje się takim oznakowaniem, zwłaszcza że… pokrywało się ono z rozwieszonymi,  znakującymi drogę taśmami. Właśnie na takiej krzyżówce “położyłem” cały start.

Zamieszczam pod spodem mapkę trasy i mój kierunek biegu, żeby bardziej zobrazować sprawę.

Prawidłowy track trasy:

Krzyżówka, na której się pomyliłem, była miejscem przez które powinniśmy przebiec dwukrotnie. Raz skręcając w prawo na południe, a następnym razem w lewo na północ. Stąd sytuacja, w której taśmy wyznaczające trasę biegu kierowały w obie strony. Niestety – tych kierujących w prawo (gdzie powinienem skręcić) najzwyczajniej w świecie nie widziałem. Jak lecisz od znacznika do znacznika, to w życiu nie przychodzi Ci do głowy, że coś może być nie tak. Na domiar złego, niebieskie strzałki utwierdziły mnie w przekonaniu, że podjąłem dobrą decyzję.

Ludzie nieświadomi są szczęśliwsi

Naturalnie podczas rywalizacji, przez głowę mi nie przeszło, że coś może być nie w porządku z trasą, którą podążam. Biegłem i biegłem, i biegłem – po prostu “robiłem swoje”. Tempo oscylowało koło 5:10 i czułem spory luz tego co robię. Na ściądze, która znajdowała się na numerku startowym widziałem, że pierwszy punkt odżywczy znajduje się na 10 km. Nerwowo zerknąłem na zegarek – 9,6 km. Tymczasem byłem w środku lasu i na żaden punkt odżywczy się nie zanosiło. Na szczęście, ku mojej uldze, krzaki zrobiły się nagle gęste i po ich minięciu wypadłem na jezdnię i polanę, na której… punkt odżywczy dopiero się rozkładał. Wkoło busa kręciło się kilka osób, rozstawiali namioty, wyciągali Coca-colę z auta, szykowali izotonik. Przebiegając koło nich nawet mnie nie zauważyli. Krzyknąłem zatem głośno: “68 km to dobrze lecę?!”. Nikt nie zareagował, ja natomiast zobaczyłem kolejne szarfy wyznaczające trasę, więc pognałem dalej przez łąki. W sumie do tej pory nie wiem, czy mnie zauważyli i czy możliwe, żebym był zawodnikiem z innego dystansu – raczej nie, więc jeżeli mnie widzieli, powinni się zainteresować. Z drugiej strony nie miało to już większego znaczenia, ponieważ uświadomienie mnie, że są ekipą, która rozstawia właśnie punkt odżywczy na 34. kilometrze trasy – oskalpowałoby mnie z radości biegania.

Pobiegłem zatem dalej w nieświadomości, że biorę udział w swoim własnym wyścigu.

“Coś tu nie gra”

Na 22 km zacząłem mieć jakieś niepokojące sygnały, że coś może być nie tak z trasą, którą biegnę. Zerkałem na profil wysokościowy na numerku startowym i miałem wrażenie, że mój Polar pokazuje zupełnie inne przewyższenie, niż to co sugeruje mini-mapka. Jako, że Polar rozczarował mnie już kilkukrotnie, nie ufałem mu zbytnio i zagłuszałem wewnętrzny głos niepokoju.

Od 30 km zacząłem analizować tempo swojego biegu. Czułem się bardzo dobrze. Udawało mi się unikać problemów jakie miałem na zawodach w Karkonoszach – jadłem żele, piłem odżywkę, nawet zjadłem na zbiegu Snickersa. Ciągle byłem najedzony i pełny sił. Z moich obliczeń wynikało, że tempo ok. 5:10 pozwala na pokonanie trasy poniżej 6 godzin. Natomiast rekord trasy wynosi ok. 6:10. Biegło się na tyle dobrze, że zacząłem poważnie myśleć o zejściu poniżej 6 godzin na mecie. Stawiając sprawę jasno – cały czas biegłbym tak samo, ale taki wynik wydawał się być bardzo realny.

Po 35 kilometrze zacząłem doganiać zawodników z innych dystansów – 110 km i 240 km. W większości szli w spokojnym tempie wzdłuż znaczników. Nie wdawałem się w rozmowy z nimi, ponieważ ani Oni nie wyglądali na skorych do rozmowy, ani ja nie wiedziałem o co mam pytać. Gdy widzisz twarz biegacza po 200 km i 1,5 dnia biegu, nie potrzebujesz ani jednego słowa żeby zrozumieć w jakim jest stanie.

Na 37 km wpadłem na kolejny punkt odżywczy. Zrobiłem trochę zamieszania, ponieważ zacząłem się dopytywać o trasę, aż jedna osoba z obsługi powiedziała, że z tego punktu każdy dystans ma do mety 12 km. Nie będę ukrywał, że byłem już zmęczony, więc moja psychika skutecznie odepchnęła tę informację. Ktoś krzyknął powodzenia i po 2 minutach byłem ponownie w biegu. Przez najbliższy kilometr poukładałem sobie w głowie, czy to możliwe i gdy zacząłem łączyć wątki, postanowiłem zadzwonić do Asi. Trwało to jakieś 2 kilometry, ponieważ nie mogłem złapać zasięgu, ale wreszcie się dodzwoniłem.

– Halo, Andrzej biegniesz?!
– No, a co mam cholera robić?! Pewnie, że biegnę.
– Bo się martwiłam, nie ma Cię na żadnym punkcie pomiarowym…

Cisza.

– No i c**j. Znaczy, że się gdzieś pomyliłem…

Tak mniej więcej wyglądał nasz dialog.

Finisz wśród maratończyków

Biegłem ostatnie 5 km “własnego wyścigu” wkurzony i zrezygnowany. Obejrzałem po drodze mapę, którą miałem przy sobie i ustaliłem mniej więcej, w którym miejscu jestem. Pomyliłem się w sposób ewidentny. Naprawdę nie wiem, jak opisać tak podłe uczucie. Start niby kontrolny, ale jak noga dobrze się kręci, to żal jest ogromny tego wysiłku, który się włożyło w zawody. Do tego cały czas biegłem z przeświadczeniem, że czeka mnie jeszcze ponad 20 km wyścigu.
Miałem na tych ostatnich kilometrach do siebie ogromny żal, a każdy okrzyk: “Brawo!” – kibiców, którzy głośno dopingowali zawodników w Lądku, był dla mnie jak szpilka wbijana pod paznokieć. Całości goryczy dopełnił wbieg na metę wśród zawodników, którzy lada chwila mięli wyruszyć na trasę maratonu. Widząc mnie dopingowali i wiwatowali. Przygnębiające uczucie, nie da się przecież każdemu z osobna opowiedzieć, że wcale nie wygrywasz właśnie zawodów, bo pomyliłeś trasę. Kibice się cieszą, a Ty idziesz z miną, niczym Janne Ahonen, w stronę mety.

Do końca dnia podły nastrój nie odpuszczał. Zaledwie 30 minut po moim dotarciu do mety jechaliśmy autem w stronę Wrocławia. Weszliśmy z Asią do mieszkania i po 30 minutach wyszliśmy na wycieczkę rowerową. Jedynym sposobem, żeby pozbyć się tego paskudnego uczucia porażki było zajeżdżenie go rowerem. Przez 2 godziny jazdy po krzakach i wertepach, zastanawiałem się nad moim patologicznym układem z biegami ultra => chcę im dać moje serce, żebyśmy się pokochali… a póki co daję tylko dupy.

Następny przystanek – KRYNICA.

4 thoughts on “The Ghost Runner

  1. Mistrz. To takie pierwsze skojarzenie to Twoim wpisie. Do dowolnej interpretacji 😉
    Skoro taką “pomyłkę” masz już za sobą, to teraz musi być już tylko dobrze.

  2. Przepraszam co napiszę, ale pośmiałem się trochę. Przypomniał mi się mój jedyny ultra. Na Chudym w pewnym momencie (40-któryś kilometr) stanąłem i nie wiedziałem gdzie biec (smeczenie i odwodnienie). I tak trochę z takiej paniki zacząłem krzyczeć. Ale przede mną i za mną nikogo nie było. Na szczęście mi udało się wybrać dobrą trasę. Ogólnie to powodzenia w Krynicy.

  3. szkoda tym większa iż rozmawiamy o błędzie potencjalnego zwycięzcy biegu i może poprawienia rekordu trasy… miałbym ogromnego doła i spory żal do organizatorów biegu. Tak ciężko było im postawić jednego czy dwóch harcerzy lub innych wolontariuszy na dwóch – trzech newralgicznych miejscach trasy i informowaniu o dalszym przebiegu wyścigu? Ostatecznie… co cię nie zabije to cię wzmocni. Jestem naprawdę ciekaw tej Krynicy. Pozdrawiam i uszy do góry.

  4. No muszę przyznać rozśmieszyłeś mnie tym opisem co nie miara. Ja sam biegłem treningowo na DFBG połówkę. Byłem natomiast na Twoim starcie (moja żona i znajomi też biegli 68 km) i na 2-3 minuty przed startem podszedłem do Ciebie i powiedziałem, że prowadzisz zajebistego bloga, którego czytam. Rany – jaki Ty jesteś szczupły. Ja to jestem grubas przy Tobie, choć mam BMI koło 20,5. Trzymałem za Ciebie kciuki. Od tego momentu non stop siedziałem z telefonem w ręce i śledziłem po kolei wszystkich, ale największą zagadką byłą, czemu Andrzej się nie odbija?????? Może celowo omija checkpointy…..? Już myślałem, że mój telefon się zepsuł, albo z Twoim chipem jest coś nie tak. Dopiero po południu dowiedziałem się, że nieświadomie skróciłeś sobie trasę:) Wszystko to bardzo śmiesznie brzmi, niemniej kolejny raz góry uczą nas pokory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *