“Step by step” – górska próba charakteru.

Taka trasa – na papierze niby nic nadzwyczajnego… a jednak! Wytrawni górale, jeszcze przed przeczytaniem pierwszego zdania tekstu wiedzą zapewne, co dokładnie mam na myśli. 🙂

21.07. Zamierzam wykonać kolejny krok w przygotowaniach do “Biegu 7 Dolin”. Krok nie mały, ponieważ blisko 70 kilometrowy – tyle bowiem wynosi dystans biegu rozgrywanego w ramach DOLNOŚLĄSKIEGO FESTIWALU BIEGÓW GÓRSKICH.

Ultra 68km

Dlaczego zamierzam wystartować w DFBG na dystansie 68 km?

Powodów jest kilka. Na początku czerwca zmierzyłem się niemal z identycznym dystansem w ramach KFBG (Karkonoski Festiwal Biegów Górskich), o czym można było przeczytać w dwóch częściach mojej relacji z tych zmagań –> Część 1. relacji z biegu “70 z hakiem” oraz Część 2. relacji z biegu “70 z hakiem. Swoją drogą, zrobił się ze mnie festiwalowy chłopak ;), ale o tym innym razem. Tamto starcie przypominało spotkanie w klatce KSW Mateusza Magi z Pudzianem i to nie ja występowałem w roli Pudziana. Jakimś cudem przetrwałem jednak do końca pojedynku, wylizałem rany i mam nadzieję, że wyciągnąłem wnioski. W tym kontekście WNIOSKI są słowem kluczowym.

  1. 71 km po Karkonoszach było moją porażką taktyczno-żywieniową. Nie ma mowy o wartości biegowej tego startu, ponieważ “biegania w bieganiu” było w Sudetach tyle, ile jest kakao w białej czekoladzie. Jeżeli chcę walczyć na trasie jako biegacz, muszę zdecydowanie bardziej zadbać o strefę żywieniową – i to jest powód nr 1. mojej decyzji o kolejnej próbie w zawodach na tak długim dystansie.
  2. Druga sprawa, to nastawienie względem dystansu. Słowo “wyścig” definiowałem do tej pory, jako bieg na maksa swoich możliwości. Startuję mało, ale jeżeli już staję na linii startu, to z pełną petardą. W górach jednak, tak się nie da, a przynajmniej w tej chwili tak mi się wydaje. Polska czołówka biegaczy górskich potrafi startować co tydzień w biegach grubo ponad 50 km. Jakim cudem? Obecnie forsuję teorię, że Panowie nie biegają co tydzień na maksa, lecz traktują starty jako bodziec treningowy najbardziej specyficzny do wysiłku, jaki czeka ich w 2-3 startach głównych. W sumie, żadne to odkrycie, że zawodnik na 5000 metrów może atakować życiówkę co 2 tygodnie, a maratończyk już maksymalnie 3 razy w roku. Jakoś godzę się z tą myślą i do Lądka pojadę nie po 2 tygodniowym taperingu (okres odpoczynku przed zawodami), lecz z pełnego treningu, robiąc jedynie 4-5 dni lekkiego biegania wcześniej.
    Dla jasności – będę się ścigał, ale po strzale startera nie ruszę do boju jak kamikaze, tylko jak szeregowy żołnierz, nie wychylając się przed stawkę. Z jakim miejscem nie skończę, to po 3-4 dniach muszę być ponownie gotowy do pełnych obciążeń treningowych.
  3. “Najgorsze zawody są lepsze niż najbardziej udany trening” – mówią. Nie wiem, kto dokładnie to powiedział, ale inni powtarzają, że się tak mówi, więc i ja powtarzam za nimi. Sam nie zrobię treningu 50 km+. Nie chodzi nawet o motywację wewnętrzną, po prostu samotne bieganie bez supportu (dostępu do punktów żywieniowych, przepaków) jest niemożliwe organizacyjnie. Taki hiper-bodziec z pewnością dobrze mi zrobi i to niezależnie od tego co powiem na mecie. Fakty są takie, że do fundamentu treningu sportowego należy zasada swoistości wysiłku – nie ma nic bardziej swoistego w przygotowaniach do kilkugodzinnego startu w górach, niż odrobinę krótszy kilkugodzinny start w górach. Mogę zrobić 3 x 35 km przez 3 dni, a jednak nie będzie to ten sam impuls do adaptacji, co znacznie dłuższa jednorazowa poniewierka leśnymi ścieżkami.
  4. Po biegu “70 z hakiem” podjąłem decyzję o zmianie sprzętowej w moim uzbrojeniu. Kupiłem buty marki Hoka One One, które cieszą się dobrymi recenzjami, ale co ważniejsze, są praktycznie użytkowane przez górskich zawadiaków. Czy jest to dobra decyzja? Podobno wątpliwości znikają gdzieś koło 50 km, gdy nogi mówią: “No dobra, pochasałeś sobie trochę, a teraz do domu!”. Buty są prawdziwymi poduszkowcami i ich siła leży w ochronie mięśni przed mechanicznymi uszkodzeniami, wynikającymi z długości biegu. Uważam, że dobrze by było sprawdzić to samemu w warunkach bojowych.

Jest jeszcze jeden powód, marginalny, ale interesujący. ITRA wyceniła mój udział w ostatnich zawodach. ITRA – to organizacja zrzeszająca organizatorów biegów górskich, której celem jest wyłonienie najlepszych biegaczy górskich. Mam wynik lekko ponad 700 pkt. Czyli coś o mojej pozycji w świecie biegów górskich da się powiedzieć. Punkty, które zdobyłem nie oddają jednak tego, jak daleko (lub jak bardzo daleko) jestem od poziomu, który chciałbym reprezentować. Pisząc, z pełnym szacunkiem do Marcina Wróbla, który wygrał Bieg “70 z hakiem”, nadal nie mam pojęcia, jak wygląda moja pozycja względem innych. W Lądku zapowiada się mocniejsza stawka biegaczy i “wycena” tego startu może powiedzieć znacznie więcej, niż mój debiut.

Kończąc, chciałbym zachęcić wszystkich czytelników 140minut.pl do śledzenia moich zmagań 21 lipca. Start o godzinie 6 rano. Trzymajcie kciuki! 🙂

7 thoughts on ““Step by step” – górska próba charakteru.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *