Próba generalna – relacja z Półmaratonu Ślężańskiego

Czas leczy rany i całe szczęście, bo gdyby było inaczej, nie zdecydowałbym się na kolejne zawody. Mówiąc wprost, wykończyłem się nieprzeciętnie, podczas wczorajszej próby generalnej – Półmaratonu Ślężańskiego. Ostatni test przed kwietniowym maratonem wyszedł… przyzwoicie. Dał dużo odpowiedzi, jeżeli chodzi o maratońską dyspozycję, ale obnażył przy tym kilka niedociągnięć w przygotowaniach.

P3190233

Wiedziałem, że to nie będzie łatwy bieg. Chciałem dać z siebie wszystko. W związku z tym, obniżyłem tygodniową objętość. Piątek zrobiłem sobie całkowicie wolny od biegania. Porządnie się odżywiałem i koncentrowałem na szybkim bieganiu.

Zawody zaczynały się o 11:00. Po dotarciu do Sobótki i odebraniu pakietu startowego, wyruszyłem na rozgrzewkę. Pogoda była dobra. Chłodno, lekki wiaterek i wyglądające momentami słońce. Bardzo przyjemne warunki do wyścigu. Na 5 minut przed startem, ustawiłem się w strefie dla elity. Nie miałem prawa tam być, ale rozglądając się po osobach w niej przebywających, czułem się lekko usprawiedliwiony.

P3190257

Ruszyliśmy!
Po pierwszym kilometrze wyklarowały się dwie grupki. Na czele było 3 Kenijczyków i 2 Ukraińców. To był ostatni raz kiedy ich widziałem. Jakieś 20 metrów za nimi ukształtowała się grupa pościgowa, w której biegłem razem z Grześkiem Gronostajem, Ukraińcem – Labziukiem oraz dwójką zawodników, których przyznam, że nie znałem*. Jeden wysoki, drugi niski. Mieli koszulki z narodowymi barwami, co dało mi do myślenia, że nie są to przypadkowi biegacze.

Do 4 kilometra lekko się ‘badaliśmy’. Dało się wyczuć, że koledzy kadrowicze (tak ich nazwijmy) czują się mocni na podbiegach. Międzyczasów nawet nie śledziłem. Bez przerwy góra – dół, nie było sensu zerkać na zegarek. Trzymałem się za plecami Grzegorza, wiedziałem że w obecnej dyspozycji powinienem śmiało z nim powalczyć.
Dobiegliśmy do 7 kilometra. W tym momencie zaczął się najtrudniejszy odcinek. Kolejne 2 kilometry mocnego podbiegu na przełęcz Tąpadły. Kontakt z naszą grupą stracił Labziuk. Próbował trzymać się kilka metrów za nami, ale wyraźnie słabł z każdym krokiem. Zostaliśmy zatem w czwórkę.
Na 8 kilometrze poczułem, że tym razem to ja ‘zaczynam się kończyć’. Rzut oka na zegarek – tętno 184! Pomyślałem, że jeszcze chwila i będę całkowicie odcięty. Puściłem. Nie było sensu walczyć o utrzymanie się w tej grupie. W tamtej chwili, byłem bardzo niezadowolony z faktu, że nie mogłem utrzymać tempa na podbiegu. Do szczytu, straciłem ok. 40 metrów do zawodników przede mną.

Po minięciu 10 kilometra rozpoczął się szaleńczy odcinek w dół. Wiedziałem, że na zbiegu jestem mocny. Puściłem wodze fantazji i ruszyłem w pościg. Nadrobiłem kilkanaście metrów. Na więcej nie było szans. Do tego, po wbiegnięciu na płaski odcinek poczułem, że nogi dostały potężny wycisk i po chwili moja strata wynosiła ponownie 40-50 metrów. Miałem już dość wszystkiego. Byłem wykończony, biegłem sam, a do tego pierwszy raz w życiu podczas zawodów padł mi zegarek. Perspektywa kolejnych 7 kilometrów biegu w takim stanie, napawała mnie biegowym obrzydzeniem.

Na 15 kilometrze dojrzałem, że trójka biegnąca przede mną rozerwała się. Przewagę wypracował wyższy nieznajomy, natomiast jego niższy kolega, podążał za nim w odległości kilkunastu metrów. Lekka przerwa i widzę Grzegorza, który ewidentnie przechodzi równie głęboki kryzys co ja.
Zacisnąłem zęby, skoncentrowałem się i wreszcie złapałem odpowiedni rytm. Było cholernie ciężko, ale systematycznie zmniejszałem stratę. Z każdym krokiem byłem coraz bliżej Grześka. Na lekkim wzniesieniu w okolicy 19 kilometra traciłem ok. 10 sekund. Naprawdę chciałem powalczyć! Pomyślałem, że padnę na pysk przed metą, ale zawalczę! Niestety Grzesiek odzyskał rezon i wykrzesał dodatkową energię, ponownie zwiększając przewagę. Na 20 kilometrze wiedziałem, że miejsca są już rozdane. Pozostawała kwestia czasu na jaki biegnę. Przez złe samopoczucie, wydawało mi się, że będzie lekko powyżej 1:13. Postanowiłem powalczyć ‘w ciemno’ w obawie, że odpuszczę i będę później bardzo żałować. Rozpędziłem się z całych sił! Wpadam na ostatnią prostą, rozglądam się za tym przeklętym zegarem – nigdzie go nie widzę! Nie wiem, czy miałem już taką bombę od zmęczenia, czy mgła przysłoniła mi oczy, ale do tej pory nie wiem, gdzie był ten cholerny zegar!

Meta
Rozejrzałem się zdezorientowany i zobaczyłem Grześka. Mówi, że ma czas 1:11:24, uspokoił mnie tą informacją, bo finiszowałem niewiele za nim. Oficjalny czas na mecie: 1:11:41 – czyli wpada nowa życiówka. Fajnie, bo trasa naprawdę nie jest łatwa. Kolejny raz robię rekord życiowy, bez żadnej kontroli tempa, tętna itd. Gdy wkręcam się w rywalizację, to jakoś te rekordy przychodzą same :).
No i muszę przyznać, że Grzegorz odesłał mnie do szeregu ;). Tydzień wcześniej na 10 kilometrów miałem nad nim przewagę 50 sekund, a teraz nie mogłem go dogonić. No cóż, obiecuję Grzesiek, że wytrę mleko spod nosa i następnym razem powalczę mocniej! 😉

P3190312

Wnioski
Jestem gotowy na 2:30. Wynik ze Ślężańskiego poniżej 1:12:30, daje w mojej ocenie bardzo duże szanse na zrealizowanie wiosennego planu. Oczywiście, na maratonie wszystko może się zdarzyć, ale nie ma co chować głowy w piasek. Przy mojej obecnej formie, przez następne 4 tygodnie (jeżeli niczego nie zepsuję), będę bardzo blisko osiągnięcia celu.

Czego się obawiam?
Poczułem na podbiegu, że zaczyna wychodzić zaniedbywanie ćwiczeń sprawnościowych. Przez ostatnie 2 tygodnie nie miałem na nie czasu i już czuć, że mięśnie słabną. Druga sprawa, muszę zachować chłodną głowę w trakcie biegu. Uważam, że ten półmaraton mogłem rozegrać lepiej. Przeszarżowałem pierwszą część i między 10 a 15 kilometrem walczyłem o odzyskanie równowagi. Tym razem się udało – maraton takiego błędu nie wybaczy!

P3190392

*nieznani mi dotąd biegacze to:
niższy – Paweł Piotraschke
wyższy – Jakub Burghardt

…czyli żaden wstyd przegrać z chłopakami :).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *