Pokonać cerbera – relacja z finału GTNS na Azorach – część III. Ostatnia.

Bus, hotel, pakowanie, bus, prom – 18.00. Siedziałem, oczekując na nasz statek i myślałem o zawodowych kolarzach. Zawsze powtarzają na wielkich tourach, że “czekamy na trzeci tydzień”. Kolejne etapy lecą, w generalce wszystko się gotuje, a liderzy, jak zdarte płyty: “czekamy na trzeci tydzień wyścigu”. Ja byłem po niecałych dwóch dniach wyścigu i tej całej cholernej logistyce związanej z podróżowaniem między wyspami i miałem serdecznie dość. Jedyny plus całej sytuacji był taki, że nie stresowałem się kolejnym dniem, bo zwyczajnie nie miałem na to siły. Ostatnia podróż statkiem podczas naszego pobytu na Azorach odbywała się między wyspą San Jorge a wyspą Faial. Niestety późnym popołudniem nie kursował żaden z promów, regularnie przewożących mieszkańców i turystów między wyspami. Mieliśmy za to wynajęty mały stateczek, którym jako ‘elita’ biegu, musieliśmy przetransportować się do naszego głównego hotelu.

Idąc w stronę statku, pani z obsługi życzyła nam udanej podróży, uśmiechając się od ucha do ucha. Naprawdę rzadko kiedy spotyka się tak szczerą uprzejmość. Wpakowaliśmy się na statek, odczekaliśmy kilkanaście minut i wreszcie odbiliśmy od brzegu. Okręt ruszył, a wraz z nim walka o przetrwanie tej podróży. Wcześniej, wielokrotnie Mario ostrzegał nas, że na oceanie może “bujać”, ale Chryste Panie! Łajba była mała i miotało nią, jak zabawką. Po 10 minutach pojawiła się inna uprzejma pani z obsługi i zaczęła rozdawać specjalne plastikowe opakowania na posiłek – ten już zjedzony. Bujało nami tak cholernie, że wbrew temu, co twierdzą ornitolodzy – pawie latały i to we wszystkich kierunkach! Bite 2 godziny w ogromnej kołysce! Osobiście może nie czułem się jakoś super, ale dawałem radę. Były jednak osoby, które cierpiały nieprzeciętnie. Z punktu widzenia zawodnika – fatalna sytuacja. Po dwóch dniach trudnego wyścigu każdy gram glikogenu w organizmie jest na wagę złota, zjadasz posiłek, żeby uzupełnić braki, ale zanim cokolwiek się wchłonie, posiłek opuszcza pokład, a ciebie energia.

 

Dzięki łasce Posejdona w końcu dotarliśmy do wyspy Faial. Oczywiście nie był to koniec dnia, ale po porannym wyścigu i szalonej podróży statkiem, było mi już wszystko jedno. Wróciliśmy do hotelu i ponownie zderzyłem się z problemami, jakie przy biegach jednodniowych w ogóle nie dotykają zawodnika. Buty startowe w plecaku nadal miałem mokre, jakbym wyszedł prosto spod prysznica. Limit bagażu sprawił, że nie zabierałem ze sobą więcej par. Zaskoczeniem pewnie nie będzie też fakt, że kaloryfera na Azorach nie spotkałem. Aaa… pies to drapał, czym ja się przejmuję, pomyślałem i zasnąłem jakieś 2 sekundy po tym, jak położyłem się na łóżku.

Husaria w natarciu – dzień III

O poranku trzeciego dnia można było zauważyć w hotelowym lobby pewną zmianę. Do tej pory nieużywana winda, jeździła tego dnia jak szalona. Nieliczni śmiałkowie decydowali się na podróż schodami. Przez moment zastanawiałem się, czy inni cierpią tak samo, jak ja, ale technika zejścia po schodach ich zdradziła. Cierpieli. W końcu wszyscy dotarli na miejsce zbiórki, łącznie z Meksykanami, ale zanim wyruszyliśmy na trzeci etap wyścigu, czekała nas… a jakże – podróż autokarem na drugi koniec wyspy. Jechaliśmy niecałą godzinę, a ja zamiast o wyścigu, rozmyślałem o tym, że w ciągu ostatnich 5 dni podróżowałem: autem, samolotem, autobusem, statkiem, metrem i kultową lizbońską kolejką. Nie przywykłem do takich ekscesów, na wsi, gdzie mieszkam można, co najwyżej pojechać autobusem podmiejskim do Wrocławia. Byłem tym wszystkim zmęczony.

Start trzeciego etapu miał miejsce w okolicy starej latarni morskiej na zachodnim wybrzeżu naszej wyspy. Okolica robiła naprawdę duże wrażenie. Z jednej strony niebieski ocean i fale rozbijające się o brzeg, a z drugiej wulkaniczny żużel rozsypany po całej okolicy. Wielbiciele thrillerów byliby wniebowzięci. Podczas gdy Asia podziwiała okolicę, ja ruszyłem z mocno ograniczoną procedurą rozgrzewkową. Nigdy przed rozpoczęciem biegu nie miałem tak przemielonych nóg, jak wtedy. W dodatku na starcie znowu zamieszanie. Oficjalny komunikat mówił o tym, że trasa ma 31 km i 1400 m przewyższenia. Tymczasem spiker wspomina coś o 35 km i o tym, że na trasie nie będzie punktów z napojami, choć te widziałem na oficjalnej mapce biegu. Trochę się przejąłem, ale inni nie wyglądali na specjalnie zmartwionych, więc wyparłem problem z głowy.

 

Let’s go!

Ruszyliśmy o dziwo bardzo entuzjastycznie. Trasa niemal od razu prowadziła bardzo stromym żużlowym odcinkiem w górę. Po kilkuset metrach opadała w dół i zaczynała prowadzić po wielkiej skale w kierunku brzegu. Biegłem na 6-7 pozycji i nagle na 2 km wpadliśmy na tak niesamowity szlak, że trudno jest go opisać. Poruszaliśmy się tunelem, niemal idealnie wyciętym na wysokość i szerokość jednej osoby, w czymś, co przypominało mi olbrzymią kosodrzewinę. Po 100 metrach, mimo szalonego tempa biegu, miałem na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Wtedy nie wiedziałem jeszcze, że ta szalona ścieżka będzie ciągnęła się przez 4 kilometry! Teren pod stopami przypominał mocny cross – skoki, ostre zakręty, hopki, wydmy i wszystko nieustająco w szczelnym tunelu z otaczających nas krzewów. O wyprzedzaniu nie było mowy – zbyt ciasno i zbyt szybko biegliśmy. Poza tym, po prostu było ciemno, niewiele światła wpadało przez gęste gałęzie nad naszymi głowami. Na odcinku wspomnianych 4 km labiryntu, tylko raz odważyłem się spojrzeć na zakręcie przez prawe ramię, aby sprawdzić, kto jest za mną – od razu przywaliłem łbem w wystający konar tak mocno, że zakręciło mi się w głowie. Facet za mną zapytał momentalnie, czy wszystko ze mną ok? I chyba mam zadatki na karierę w MMA, bo ruszyłem po tym uderzeniu do ataku.

Wybiegliśmy na olbrzymie skały przy wybrzeżu. Przypominały gigantyczne kawałki wypalonego koksu opałowego. Trudno było po tym cholerstwie biec, ale parafrazując słowa pewnego polityka: “Polski biegacz to jest taki, że jak trzeba będzie, to i po wulkanicznym brykiecie poleci”. Naprawdę, sam ledwo trzymałem się na nogach, ale razem z Hiszpanem zyskaliśmy sporo metrów przewagi nad innymi.

Na ok. 9 km biegłem na drugiej pozycji z niewielką przewagą nad kilkuosobową grupką pościgową. Zerknąłem na zegarek – zrobiliśmy łącznie od początku biegu 50 m przewyższenia :). Teren był bardzo trudny, ale płaski. Maratońskiej przeszłości się nie wyprę, im bardziej jest crossowo, a mniej górzyście, tym lepiej dla mnie.

Minęliśmy malutką wioskę i ruszyliśmy w kierunku kaldery w poszukiwaniu brakujących metrów przewyższenia. Zrobiło się bardzo stromo i już po 2 km podbiegu, stawka zaczęła się krystalizować. Spadłem na pozycję 6-7, a po kilku chwilach dogoniły mnie kolejne osoby, aż dobiegł do mnie Andrej Paulen ze Słowacji. Spojrzeliśmy na siebie i mimo zmęczenia zaśmialiśmy się głośno – połowę biegów w tym sezonie ścigałem się z Andrejem. Biegłem i robiłem swoje. Gdzie było stromo, tam traciłem dystans, gdzie podbieg nieco puszczał – nadrabiałem. W końcu górka się “złamała”, my wbiegliśmy do lasu i ponownie, widząc krajobraz, zapomniałem o wysiłku. Trasa prowadziła wąską ścieżynką wzdłuż starego wybetonowanego rowu, który służył, jak się domyślam, do gromadzenia spływającej ze wzgórza wody. Wkoło paprocie o rozmiarach 4 razy większych, niż te, które widuje się w Polsce, jakieś pnącza, zwisające z gałęzi, mech i trawa, która wdziera się nieproszona w rów z wodą. Czułem się jak Indiana Jones w opuszczonym mieście Majów – przebierałem, co sił w nogach, tylko zamiast potężnej kamiennej kuli, podążał za nami szczupły Niemiec.

15, 16 i wreszcie 17 kilometr. Wbiegliśmy na grań kaldery. Co ja Wam będę pisał, no po prostu to jest widok oszałamiający. Nie było jednak czasu na rozglądanie się dookoła, trasa była bardzo techniczna. Na 18 km rozpoczęliśmy zbieg. Razem z Andrejem odparłem atak Niemca, a przy okazji wyprzedziliśmy dwóch zawodników, którzy przeszarżowali na wcześniejszym etapie wyścigu. W tamtej chwili byłem na 7 miejscu. Wiedziałem, że gdzieś przede mną biegnie Włoch, z którym rywalizowałem bezpośrednio o miejsca 9-11 w klasyfikacji końcowej. Spojrzałem na zegarek – jeszcze 13 km do końca weekendu. Zacząłem zbiegać jak szalony.

Husaria w natarciu!

Trasa ponownie zaczęła mi sprzyjać – twarda, szutrowa droga, prowadząca lekko w dół. Taki teren bardzo lubię! To też piękno biegów górskich, są specjaliści od stromych podejść, są spece od technicznych odcinków, innym pasuje bieganie siłowe w błocie po kolano, a jeszcze innym, tak jak mi, odpowiada równomiernie, podnoszący się lub opadający teren z twardym podłożem. Każdy może być dobry w innym elemencie, a jak jesteś dobry we wszystkich, to nazywasz się Bartek Przedwojewski.

Andrej został daleko za moimi plecami. Po kilku kolejnych kilometrach zobaczyłem na horyzoncie Włocha. Miałem w tym momencie na liczniku 25 km i biegłem z wewnętrznym przekonaniem, że do mety zostało ok. 6-7 km. Zegarek podpowiadał mi, że łączne przewyższenie wynosi 1350 m. Czyli rura, trzeba grzać tak szybko, jak się tylko da! Zostało kilka kilometrów i to niemal cały czas w dół! Minąłem z łatwością Włocha i w myślach powtarzałem sobie, że to już końcówka, żebym tylko to wytrzymał. Im bliżej oceanu się znajdowaliśmy, tym mocniej słońce dawało się we znaki. Jeszcze przed 30 km, zacząłem drastycznie opadać z sił. Jakieś 20 minut wcześniej zjadłem ostatni żel energetyczny, wierząc, że niedługo posilę się już na mecie biegu. Na zegarku wybił 30 km, spojrzałem przed siebie – krzaki, a nad krzakami widać wielką górkę, którą byłem pewny, że będziemy obiegać lewą stroną w kierunku wybrzeża. Nagle wpadłem na asfaltową drogę, która prowadziła w kierunku oceanu i poczułem sporą ulgę. Trwała ona jakieś 30 sekund, bo tyle czasu spędziłem na asfalcie. Znaczniki trasy odbijały niespodziewanie w gąszcz wąską ścieżką, która bez żadnych wątpliwości prowadziła na szczyt tej niepozornej “hopki”. Miałem dość. Zerkam na zegarek – 1600 m przewyższenia zrobione, a ja ruszam jeszcze pod kolejną górę! Skandal! Zobaczyłem na prostej 5 zawodnika, ale nawet nie miałem w sobie dość siły, że myśleć o jakiejkolwiek pogoni. Przełączałem się właśnie w tryb przetrwania. Moc uciekała dosłownie z minuty na minutę. Najgorsze w tym wszystkim było to, że zjadłem wszystkie żele energetyczne, jakie miałem. Byłem pewny, że za moment będę wbiegał na metę w pełnym natarciu, a tymczasem kilkadziesiąt minut później z mozołem i całkowicie wyczerpany podchodziłem pod górę, modląc się o jej koniec.

Zrobiło się naprawdę źle. Zacząłem czuć po sobie, że to typowe odcięcie energetyczne. Wskazówka paliwa od samego początku trzeciego dnia wskazywała rezerwę, ale w tej chwili silnik został wyłączony. Zaczęło kręcić mi się w głowie i mocno mnie odcinać. Straszne uczucie. Ostatni raz, tego typu zjazd energetyczny zaliczyłem w 2018 roku. Jak doprowadzisz się do takiego stanu, to nie ma człowieka. Kolejna lekcja biegania etapowego. Ilość jedzenia, która wystarczyłaby z rezerwą na biegu jednodniowym, nie wystarczyła na trzeci dzień wyścigu pod rząd. Pomijam już to, że na zegarku miałem już 32 km i 1700 m przewyższenia, czego nie planowałem jeszcze o poranku.

Usłyszałem, że biegnie za mną jakiś zawodnik. Wiedziałem, że muszę coś zjeść, bo inaczej skończę gdzieś w rowie nieprzytomny, a moje zdjęcie pojawi się w lokalnej gazecie, w rubryce ‘nekrologi’. Stanąłem, nabrałem powietrza, żeby zapytać się, czy gość ma cokolwiek do zjedzenia – już miałem się odezwać, ale patrzę – mija mnie Niemiec. Nie. Są jakieś granice. Niemca nie będę prosił o jedzenie. Jakiś honor trzeba zachować.

 

Wspinałem się półżywy dalej – po chwili dogonił mnie Włoch i jeszcze jakiś zawodnik, ale średnio już mnie to obchodziło. Żaden z nich nie miał nic do jedzenia. Kilka chwil później dogonił mnie Andrej i ktoś jeszcze. No i wszystko wróciło na swoje miejsce. Byłem ponownie na 11 pozycji. Jednak pozostały dystans, pokonywany przeze mnie w takim stylu, mógł spowodować, że bieg zakończę znacznie dalej w klasyfikacji. Na szczycie tej małej hopki, która miała dobre 200 m przewyższenia stał Greg – szef wszystkich szefów w Salomonie, w organizacji biegów z całej serii Golden Trail. Do tej pory nie za bardzo wiedziałem ani jak, ani nie miałem gdzie zagadać z taką szychą, a z pewnością dobrze mieć kontakt z  osobą na tym poziomie w świecie sportu. Postanowiłem nie przegapić takiej szansy i rzuciłem w stronę Francuza: “Greg, do you have something sweet?!”. Greg zawahał się przez pół sekundy, po czym wyciągnął z kieszeni w połowie obgryzionego batona orzechowego. Miałem taką bombę, że problemy typu higiena, czy szalejący na świecie Covid, nie były w stanie ani przez moment, powstrzymać mnie przed zjedzeniem tego ogryzka. Dwa gryzy mieliłem w gębie przez cały kilometr i już po kilku minutach organizm złapał oddech, niczym pacjent po udanej reanimacji. Naturalnie nie byłem jakoś super rześki, ale otrzeźwiałem. Obraz się wyostrzył i na tyle, na ile było to możliwe, powalczyłem na kolejnych… 2 km.

Na metę wbiegłem 11 z czasem 3:30. Na liczniku miałem ponad 34 km i 1850 m przewyższenia, ale kto by się tam przejmował tymi 450 m przewyższenia ekstra. 🙂 Być może to zaskakujące, ale byłem szczęśliwy. Dotarłem do mety, przeżyłem – ten i dwa poprzednie dni. 10 lat biegania przyniosło w moim życiu wiele dziwnych przygód, wiele wyzwań i możliwości zobaczenia, wielu ciekawych miejsc. Trudno mi jednak porównać tę przygodę z czymkolwiek innym. Trudno nawet o niej mówić w kategoriach wartości sportowych. Zakończyłem rywalizację na 10. miejscu. Gdyby ktoś przed zawodami, zaproponowałby mi taką pozycję – brałbym w ciemno. Nabrałem doświadczenia w zawodach międzynarodowych, widziałem piękną przyrodę – no po prostu było ekstra.

 

Czy chciałbym jeszcze wrócić na te zawody w przyszłości? Nie. Nie chcę mówić, że nigdy, ale przy całym pięknym przeżyciu tego wyścigu, jest to wersja sportu, która idzie w tak ekstremalne rejony, że coraz mniej jest w tym czystej rywalizacji z czasem, przeciwnikiem, z samym sobą, a coraz więcej widzę w tym poszukiwania i kolekcjonowania przeżyć. Przeżycia są fajne, ale rezerwuję na nie życie po 40-tce, na razie chcę więcej sportu w sporcie.

Nie oznacza to, że nie polecam tego biegu – wręcz przeciwnie! Na Azory warto jest się wybrać, choćby dla walorów turystycznych. Zaliczenie całej imprezy na pewno da wiele super wspomnień, czego życzę każdemu, kto zdecyduje się na taką wyprawę. Ja jednak pozostanę na razie bliżej sportu, a trochę dalej od przygód. 😉

Na koniec końców tej przygody, WIELKIE PODZIĘKOWANIA, dla Was wszystkich Drodzy Czytelnicy bloga. Z pewnością nie jestem rekinem social mediów, na IG i FB zaglądam naprawdę rzadko, ale to jak mocno poczułem Wasz doping przez te 3 dni, to coś niesamowitego. Kłaniam się w pas za całą enerię, jaką otrzymałem. Na specjalne wyróżnienie zasługuje Jacek Deneka @ultralovers, który codziennie w dyplomatyczny sposób przymuszał mnie do nagrania kilku zdań relacji. Dzięki Jacek!

Za wytrwałość dziękuję mojej żonie, Asi. Nie wiem jak się odkupię za ten stres co się ze mną ma, gdy startuję (i nie tylko). 🙂

 

9 thoughts on “Pokonać cerbera – relacja z finału GTNS na Azorach – część III. Ostatnia.

  1. Niezła przygoda 🙂 Taki bieg pozostanie w pamięci na bardzo długo, wspaniale!

    PS. Może by tak lekko przyciemnić czcionkę, albo ja już tak słabo widzę 🙂

  2. Wielkie dzięki za obszerną relację twoich wyścigów. Nie wiem czy ktoś już ci to powiedział, ale czym masz „gorszy wyścig” i czym trudniejsza trasa tym twoje relacje z wyścigu są barwniejsze, szczere do bólu a przez to jakże prawdziwe. Takie historie się czyta z wypiekami na twarzy i mimowolnymi zaciskaniem pięści z emocji nie mówiąc o wstrzymaniu oddechu by za chwilę pojawił się banan na twarzy. Wydaje mi się, że zwłaszcza osoby biegające mogą tego doświadczyć. Tak trzymać. Pzdr

    1. Dzięki Przemo za dobre słowo, zawsze jest w cenie przy inwestycji wolnego czasu w relacje. 🙂

      Tajemnica żadna. Koszt wyjazdu muszę jednak rozgraniczyć osobno na mnie i na Asię. Ja z racji zakwalifikowania się na bieg, teoretycznie nie ponosiłem kosztów. Miałem zapewniony transport, zakwaterowanie, udział w biegu, wyżywienie itd. W praktyce – połączenie lotnicze z Wrocławia było tak karkołomne, że lecieliśmy z przesiadkami do Lizbony i tam zostaliśmy na 3 dni i dopiero stamtąd na Azory. Koszt biletu lotniczego miałem zwrócony, ale pobyt w Lizbonie był już moją decyzją. Dzień przed przylotem na Azory dostaliśmy maila, że transfer z lotniska do hotelu musimy sobie zorganizować sami. 60-70% posiłków zjadłem wspólnie z Asią w knajpach, rezygnując z zagwarantowanego wyżywienia. Dwa główne powody – zapewnione posiłki były lekko poniżej średniej oceny jakości odżywczej :P, wolałem zjeść coś bardziej “sportowego” w kilku sytuacjach. Drugi, po prostu chciałem spróbować lokalnej kuchni i spędzić czas z żoną w restauracji zamiast na szkolnej stołówce, gdzie serwowano nam posiłki.

      Bez twardych danych – mnie ten wyjazd kosztował ok. 1500-2000 zł.

      Natomiast Asia miała łącznie 11 opłaconych noclegów (3 Lizbona, 7 Azory, 1 Lizbona). Koszt łączny ok. 2000 zł
      Loty: Wrocław – Londyn – Lizbona – Azory i powrót: Azory – Lizbona – Paryż – Wrocław. Koszt ok. 1000 zł (duży bagaż był na mnie, do Londynu leciała za 29 zł :P). Najdrożej wyszły loty na same Azory, bo cena jest tam stała i nie ma wyboru opcji rozszerzonych, czy podstawowych.
      Lokalny transport na Azorach – wynajem auta na 24 h to 120 zł. Jeden prom od 25 do 70 zł (kilka razy pływała).
      No i wyżywienie.

      Zaglądam w excela z domowym budżetem – wyszło 4853 zł łącznie za “podróż Asi” w tym pamiątki i koszty wspólne “rodzinne”. 11 dni.
      Ale trzeba pamiętać, że np. same bilety wyszłyby kilka stówek więcej, gdybym nie brał “na siebie” kosztów bagaży.

  3. Normalnie pełna transparentność. Dzięki za podanie kosztów.
    Pytałem się również o nagrody w tej imprezie ? Coś jednak przypuszczam, że możliwość samego wyjazdu i ścigania się w takich miejscach czyli cudach przyrody był/ miał być nagrodą samą w sobie. Dobrze myślę?
    Mam pytanie o buty Dynafit Apline Pro 7 dały radę?
    I ostatnie pytanie ostatnio słyszałem pogląd o butach z mocnym bieżnikiem typu salomon speedcross lub podobne, że takie buty są trochę na wyrost do biegania tylko po lesie i terenie dla amatora biegania. Jaki ty masz pogląd na takie buty? bo wiem, że biegasz po różnym terenie i dodatkowo lubisz buty… czytaj dużo butów do biegania :-)) . Sam mam buty do biegania z ostrym bieżnikiem i w czasie deszczu lub gdy jest mokro to buty robią robotę natomiast gdy jest sucho to chyba nie odczuwam różnicy/przewagi nad zwykłymi butami gdy biegam po terenie, żwirze, ścieżkach?

    1. Rzeczywiście, wybacz. Uzupełniając odpowiedź – za miejsce na pudle dostawało się zaproszenie na 3 z 6 biegów z cyklu GTS w sezonie 2022. Czyli de facto wysoka nagroda. Pewnie włodarze Salomona woleli żeby Europejczycy zajęli miejsce na pudle, bo wtedy koszty mniejsze :). Dla drugiego Hiszpana pewnie będzie to nagroda o równowartości ok. 10 tys. za 3 wyjazdy po Europie (rzucam kwotę jaka wydaje mi się rozsądna na 3 x 3-4 dni w porządnych hotelach w Europie i sporo logistyki w podróżowaniu). Dla Amerykanina i Meksykana będzie to pewnie zwrot sporo większej kwoty. Szczególnie jak zdecydują się na podróżowanie do Europy na każde zawody osobno. Choć w takich sytuacjach chłopaki może połączą dwa starty w jeden wyjazd.
      Natomiast z rzeczy materialnych – każda osoba na pudle dostała drewnianą statuetkę o wielkości 8 x 5 x 3 cm. I z tego mięliśmy spory ubaw z Hiszpanem na końcowym przyjęciu. 🙂

      Co do butów, w związku z moim kontraktem z Dynafitem, wybieram z arsenału jakim dysponuje marka spod znaku śnieżnej pantery. Chociaż prawdę powiedziawszy na 10 różnych skrajnych warunków terenowych w górach – 8 razy i tak zdecydowałbym się na któryś model Dynafita, nawet bez oficjalnej współpracy. Alpine PRO są moimi ulubionymi. Tak naprawę nie jest to but najlżejszy z całej kolekcji, nie jest też najbardziej amortyzowany, nie jest najbardziej elastyczny, ale jest takim połączeniem wszystkich tych elementów, że czuję się w nim znakomicie na płaskim odcinku, gdy trzeba wejść na wysokie tempo i dynamiczny bieg, super pod górę i z pełną kontrolą na zbiegu, niezależnie czy biegnę po błocie po kostkę, czy po śliskich kamieniach.
      Minusem jest żywotność. Przerobiłem do tej pory 3 pary. Pierwsza wytrzymała ponad 3 tys. km. Dostałem ją jeszcze dawno, dawno temu. Przetarcia siatki pojawiły się po ok. 1500 km, ale były tak znakomite, że żal mi było je wyrzucać. Druga para wytrzymała ok. 1200 km. Przetarcia pojawiły się po ok. 1000 km. But jeszcze się nadawał do użytku, ale jako, że dawno nie jadłem snickerska to trochę przygwiazdorzyłem i zamówiłem sobie nowe. 🙂 Myślę, że ta druga para wytrzymała mniej głównie dlatego, że wcześniej biegałem w tym modelu wszystkie treningi – tez spokojne. Natomiast przy drugiej parze robiłem w nich tylko trudne, mocne i szybkie treningi, więc te kilometry były bardziej obciążające sprzęt. Do spokojnych biegów używałem modelu Ultra 100.
      Trzecia para w użytku i polecam ten model bardzo serdecznie.

      Czy takie buty są niezbędne dla amatora do lasu? Nie specjalnie. Oczywiście, czym trudniejsze warunki tym lepiej mieć mocniejszy i bardziej przygotowany do tego but. W suchym lesie, na klasycznie wyglądającej drodze przeciwpożarowej spokojnie można polecieć bez wielkiego bieżnika.

      Jeżeli mogę sobie pozwolić na ogólną dygresję, to my, biegacze, mamy tendencję do wybierania często sprzętu ponad nasze potrzeby. Zresztą którego sportu to nie dotyczy? 🙂 Niemniej, w warunki górskie i trudniejszy teren lepiej wybrać but dedykowany do tego podłoża. Często nie jest to kwestia samego komfortu, ale też zabezpieczenia się przed zrobieniem sobie ku-ku.

  4. Wielkie dzięki za komentarz. Podoba mi się ostatni akapit mówiący o kupowaniu ponad swoją miarę, który świadczy o fajnym spostrzeżeniu, które każdy gdzieś ma w tyle głowy ale nie chce na nie spojrzeć przyznać się przed sobą lub całym światem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *