Podróż w czasie – relacja z Nocnej Ściemy

Jeżeli kiedyś napiszę na blogu, że bieganie niewiele dla mnie znaczy, to upoważniam wszystkich czytelników do tego aby dali mi w pysk – i to nie jest żart. W życiu jest wiele ważniejszych rzeczy, ale bieganie ma u mnie bardzo wysokie notowania.

Trochę nietypowy akapit, jak na wstęp do relacji z maratonu, ale zdałem sobie sprawę, że nieodwracalnie stałem się biegowym ‘szajbusem’. Bo jak inaczej określić osobę, która wsiada w sobotę rano do pociągu, jedzie 7 godzin wagonem z nieszczelnymi szybami, wykupuje nocleg, z którego właściwie nie korzysta, bo o 2 w nocy startuje w maratonie, po czym z samego rana wsiada ponownie do tego samego pociągu i wyrusza w drogę powrotną?

Tak, to ja – biegowy szajbus. Zapraszam zatem na nocną podróż w czasie i przestrzeni – koszalińskiej przestrzeni.

Część osób pewnie jest zaskoczona, inna część pomyślała: “no w końcu”, a jeszcze inni nie wiedzą, o co w ogóle chodzi. Już wyjaśniam, po wrocławskim (nieudanym) maratonie, zapowiedziałem, że wystartuję jeszcze w tym roku na dystansie 42 km i 195 metrów. Postanowiłem, że nie będę rozpowiadał, gdzie i na jaki wynik pobiegnę. Zabrzmi śmiesznie, ale ciężar deklaracji zabija to, o co tak naprawdę chodzi, czyli zwyczajną radość z uczestnictwa w biegu.

Dlatego postanowiłem poszukać maratonu nietuzinkowego, takiego który pozwoli przeżyć mi niezapomnianą przygodę. Szansa na dobry czas miała drugorzędne znaczenie. Chciałem ponownie poczuć w bieganiu radość i tę nutkę czegoś nieznanego, jak przy pierwszym w życiu maratonie. Przeorałem kalendarz biegowy we wszystkie strony i w końcu trafiłem na maraton, który odbywa się w trakcie zmiany czasu z letniego na zimowy. Pomyślałem: “Wow, fajny pomysł, jedyna taka szansa w roku i do tego utrzymana w klimacie “biegowego żartu”, bo dzięki zegarowym zawirowaniom, wszyscy na mecie mają o godzinę lepszy wynik!”. W taki oto sposób wybór padł na Nocną Ściemę.

zdj3

Środek nocy, a mimo tego nikt na stadionie “Bałtyku” w Koszalinie nie myśli o śnie. Zimne powietrze skutecznie orzeźwia kibiców. Po okolicy niesie się głos spikera: “3 minuty do startu…”. Ściągam ostatnie warstwy ubrania i udaję się w kierunku linii startu. Potężny reflektor ustawiony na przeciw, oślepia biegaczy swoim jasnym światłem. Kąciki ust unoszą się lekko, na myśl o zbliżających się 42 kilometrach. Jeszcze chwila i się zacznie, czuję, że zbliża się moment wolności. Brakuje tylko pełni księżyca, a może lepiej, że jej nie ma, w końcu król tej nocy może być tylko jeden. 😉

1 z sześciu okrążeń
Rozglądam się dookoła, żeby zorientować się kto biegnie półmaraton, a kto pełen dystans. Jak zwykle na starcie nie byłem w stanie tego ogarnąć. Ruszamy, kilku gości w przebraniach wyrwało do przodu, to prawdopodobnie ich najszybsze 200 metrów w tych zawodach. Za nimi formuje się prawdziwa czołówka. Kilku szybszych biegaczy, ustawiam się za ich plecami i spokojnie podążam w niewielkim odstępie przez pierwsze 5 kilometrów. Biegną po 3:35-40. Stwierdzam, że muszą biec półmaraton, bo nikogo z nich nie znam.

Nie chcę żebyście pomyśleli, że robię z amatorów biegających po 2:30 jakiś superbohaterów, po prostu w kraju jest 25, może 35 osób biegających maraton na takim lub wyższym poziomie i raczej wszyscy wzajemnie się kojarzą.

Zwalniam zatem i pozwalam czołówce nabrać dystansu. Dobiegam do końca pierwszej, siedmiokilometrowej pętli i już wiem, że to nie będzie ‘płaski’ maraton, nawet dla rodowitego górala. Dwa dłuższe podbiegi, jeden masakrujący odcinek na otwartej przestrzeni z wiatrem w twarz, a zbiegi na których można nadrobić kilka sekund, odciskają swoje piętno z każdym metrem. Jednak trzeba będzie się zmęczyć i to porządnie!

zdj4

Startowa obczajka

2 okrążenie
Obiegam stadion “Bałtyku”, na wirażu widzę Asię z wodą i żelami. Uśmiecham się sympatycznie, a ona ku mojemu zaskoczeniu, krzyczy: “47 sekund straty do lidera maratonu!”. Chwila konsternacji, jak u licha do lidera maratonu? Przecież to ja jestem na czele wyścigu!? Ktoś z kibiców woła do mnie, że z przodu biegnie Ukrainiec. 
Wkurzyłem się. Tyle razy dostałem łupnia od kolegów za wschodniej granicy, że powiedziałem sobie, że dogonię tego gościa choćbym miał biec na czworakach! 
Dwa głębsze oddechy – spokojnie. Do końca jeszcze mnóstwo czasu i wiele rzeczy może się zdarzyć. Kolejne kilometry lecą, w połowie okrążenia zaczynam dublować pierwsze osoby. Swoją drogą, to ciekawe doświadczenie zobaczyć od tyłu “ogon” biegu. Jedna Pani maszeruje z kijkami, ktoś biegnie z psem, który ma wydrukowaną i przyczepioną do grzbietu kartkę z napisem “Mój 16-sty maraton.”, 4 koleżanki w jednakowych strojach, idą szeroką ławą ze słuchawkami w uszach – cała paleta niecodziennych widoków. 
Można spotkać każdego, oprócz liderującego Ukraińca.

3 okrążenie
W nogach 14 kilometrów, wbiegam na stadion i zaczynam 3 okrążenie. Biorę żel od Asi, pytam ile straty do lidera, ale teraz już nawet Ona tego nie wie. Na trasie robi się coraz gęściej. Wyprzedzam zdublowanych i słabnących w półmaratonie. Biegnę po 3:35 na kilometr i stopniowo zbliżam się do gościa w niebieskiej koszulce. W końcu go doganiam. 

Mam taki zwyczaj w biegach, gdzie startują jednocześnie dwa dystanse, że gdy doganiam kogoś, to mówię mu na jaki dystans biegnę, żeby się nie denerwował. W przeciwnym wypadku, jeżeli ktoś nie leci już na absolutnej rezerwie, to za moment będzie to robił, próbując się utrzymać w tempie, które może mu tylko zaszkodzić.

Zrównuję się z gościem i mówię:
– Spokojnie, biegnę maraton. Ścigam jednego Ukraińca, bo zaspałem na pierwszym okrążeniu i mi uciekł.
Zerka na mnie podejrzliwym wzrokiem i po chwili dodaje bardzo niewyraźnie:
– Noo.. maraton.. maraton…

Przez moment zgłupiałem. Pomyślałem, że widocznie więcej osób jest przede mną. Pytam jeszcze raz:
– Ale maraton? Cały dystans? 
I w tym momencie zrozumiałem, że gość wcale nie mówi niewyraźnie, tylko rozmawiam z moim rywalem, którego chciałem dogonić. Po prostu mówi do mnie po ukraińsku. Takie małe faux pas z mojej strony. W ten oto sposób poznałem się z Dmitro.

zdj6

Niebo tej nocy było wyjątkowo jasne

4 okrążenie
Ponownie wpadam na stadion, biorę kolejny żel i krzyczę do Asi, że sytuacja opanowana. Dmitro zaczyna tracić dystans, co specjalnie mnie nie martwi. Połówkę zamykam w 1:17:07. Przodem, na podświetlonym rowerze jedzie Krzysiek. Jego zadaniem jest krzyczeć: “Lewa wolna!”, dzwonić dzwonkiem i jeszcze trochę krzyczeć. W zasadzie tylko dzięki niemu mogliśmy biec unikając ciągłego wymijania i szarpania tempa.

Powoli zaczynam zwiększać przewagę nad rywalem, jakiś zakręt, wąskie gardło. Nagle patrzę, a Krzysiek zamiast dalej jechać przede mną, czeka na Dmitro i zaczyna jechać kilkanaście metrów za mną, torując trasę mojemu konkurentowi. Myślę: “Co za cholera?!”. Obracam się – no ewidentnie prowadzi bieg Ukraińcowi. Czy to jakaś zmowa?

Wyboru dużego nie miałem, biegnę dalej, tempo już po 3:30 i to w pełnym slalomie. Miejscami gęsto jak w niedzielę na bazarze. 3/4 osób uszy ma pozatykane słuchawkami – przygoda, kuźwa. W końcu wbiegamy na agrafkę i drę się do nadjeżdżającego z naprzeciwka Krzyśka: “Co to są za jaja do cholery?!” (miły nie byłem, przyznaję). Po chwili Krzysiek mnie dogania i rozpoczynamy dyskusję, czemu nie jedzie przede mną. Biegnę po 3:30 i tłumaczę Krzyśkowi, że mój numer (2001), to nie numer półmaratonu, po prostu zapisywałem się w dzień biegu i dlatego nie mam tak jak inni maratończycy trzech cyferek, a cztery! Nawet nie wiem kiedy, kończę 4 okrążenie.

5 okrążenie
Rozpoczynamy piątą pętlę, Krzysiek przodem, ja za nim. Tempo, raz z wiatrem po 3:20, raz pod górę po 3:45. Dzieje się tyle, że zapomniałem o wątrobie, a ona najwyraźniej uznała, że tym razem atrakcji mi wystarczy. Mijam 32 kilometr, zero ściany – nic. Mięśnie mam zniszczone, ale takie cierpienie to czysta przyjemność w porównaniu do bólu wątroby. Kończę pętlę i zjadam ostatni żel.

6 – ostatnie – okrążenie
Sprawdzam czas i widzę, że już nic złego się nie wydarzy. Jedynym zagrożeniem są moje łydki. W nogach mam dwie tykające bomby. Bukmacher mógłby przyjmować zakłady, która złapie skurcz jako pierwsza. Mimo tego przyspieszam. Uspokajam Krzyśka, żeby nie tarabanił już dzwonkiem, bo za chwilę oszaleję. Kolejne kilometry wpadają po 3:30. Na 40 kilometrze widzę, że powinienem zejść poniżej 2:34, dla bezpieczeństwa dociskam końcówkę: ostatni kilometr – 3:15. Wpadam na metę uśmiechnięty od ucha do ucha. Wielka radość, wygrywam  maraton – pierwszy raz w życiu- wspaniałe uczucie, polecam! 😀

zdj8

Wystroił się jak ‘bijons’ 🙂

Na backstage’u.
Zbieram gratulacje, krótki wywiad dla TVP 3, czas – 1:32:51 ;). Okazuje się nawet, że to rekord maratonu. Śmieję się z Krzyśkiem z sytuacji na trasie – jeszcze raz dzięki za dobrą robotę! Wszyscy mówią, że nie wyglądam na zmęczonego i w sumie czuję się nieźle. Gdyby ktoś powiedział, że mam pobiec jeszcze jedno okrążenie, to nie widziałbym w tym problemu. Idziemy z Asią do ośrodka, prysznic, 2 godziny snu i wstajemy przed 7:00, bo za pół godziny zaczyna się dekoracja.

zdj9

Ten start wyjątkowo mocno mnie nasycił. Lepszego zakończenia sezonu nie mogłem sobie wyobrazić. Nocna Ściema – warto przeżyć. Jest kilka rzeczy, które wymagają dopracowania, ale widać że Michał Bieliński (organizator całego zamieszania) jest człowiekiem pełnym pasji, a to dzięki takim osobom biegi nabierają tego czegoś, co wyróżnia je spośród innych. Cieszę się, że mogłem stać się częścią tego wydarzenia!

TVP3 – Nocna Ściema

zdj10

10 thoughts on “Podróż w czasie – relacja z Nocnej Ściemy

    1. To też ciekawe zjawisko, na co dzień jestem człowiek do rany przyłóż, a w trakcie wyścigu budzi się bestia :).
      W zasadzie tylko z Krzyśkiem się sprzeczałem, choć i to trudno uznać poważnym sporem, bo na mecie nieźle się z tego uśmialiśmy. 😉

  1. A ja się dziwiłem podczas biegu jak na 18 km mijał mnie facet na rowerze a koło niego bieg facet w kitce o czym oni tak zaciekle dyskutują i że ten biegnący ma jeszcze na to siły. 🙂 Teraz wszystko rozumiem było tłumaczenie że się jest liderem :)Gratuluje wygranej i fajnej relacji z biegu 🙂

    1. Zgadza się, bardzo się ucieszyłem słysząc jego głos na drugim końcu Polski.
      Pewnie tego nie wie, ale nie raz był świadkiem moich życiówek 🙂

  2. Gratulacje!!! Zerkałam z boku biegnąc swoim żółwim tempem i podziwiałam jak ciśniesz. Strasznie się cieszę, że Ukraińca zostawiłeś w tyle 😉 Brawo!!! Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *