Killing Hope – czyli o tym, jak nadzieja umiera na 19 kilometrze.

W 2013 roku po raz pierwszy w życiu odwiedziłem Sobótkę. Co prawda miałem zaliczony debiut w maratonie jakieś pół roku wcześniej, a azymut na 140 minut  został obrany zanim dowiedziałem się o istnieniu tego kultowego biegu (kultowego już wtedy), ale mimo tego potwornie się bałem. Ani trochę nie skłamię, pisząc o przerażeniu, które czułem przed tym startem. Czym bliżej daty zawodów znajdował się klips na kalendarzu ściennym, tym więcej ostrzegawczych sygnałów docierało do moich uszu:

– Stary, to nie jest jakiś tam zwykły półmaraton, to bieg górski!
Nooo.. zobaczysz co to znaczy bieganie na przewyższeniach…

… i wiele, wiele podobnych. Do tego w mojej głowie kotłowały się wątpliwości przy każdej myśli o kosmicznym wówczas tempie 4:00 na kilometr.

Jak się później okazało, wszystkie zasłyszane historie były w pełni uzasadnione. Siedziałem wykończony jak koń po westernie i obserwowałem dekorację najlepszych zawodników 6 Półmaratonu Ślężańskiego. Gdyby ktoś spojrzał w oczy tamtego chłopaka, zobaczyłby uznanie, podziw, a nawet i zazdrość dla tych kilku gości, którzy przebierali nogami najszybciej spośród kilku tysięcy ludzi.

Wspominam tamten moment nieprzypadkowo, wczoraj podczas 10 Półmaratonu Ślężańskiego ustanowiłem swój nowy rekord życiowy – 1:11:25. Pozwoliło mi to na zajęcie 5 miejsca w klasyfikacji OPEN. Przede mną znalazł się Kenijczyk – Maina Mwangi, Tomasz Grycko – Mistrz Polski z tego roku w przełajach z życiówką 1:05 w półmaratonie oraz dwóch Ukraińców, którym mógłbym nosić buty na treningi.

Minęły 4 lata, a ja stanąłem podczas dekoracji obok ludzi, którzy te cztery lata temu byli dla mnie wzorem do naśladowania. Czułem dumę, zmęczenie oraz satysfakcję. Siedzę teraz przed monitorem i próbuję napisać coś interesującego o biegu, ale doszedłem do wniosku, że zacznę od końca (chyba mogę się trochę porządzić na swoim blogu ;)). Nie lubię górnolotnych ideologii oraz patetycznego tonu, jednak żeby poczuć pisarskie spełnienie muszę przelać na ekran, to co w tym momencie myślę.

Warto żyć marzeniami, dążyć do realizacji szalonych celów i delektować się każdym smakiem, jakie serwuje nam życie. Nie wiem, czy kiedykolwiek pobiegnę maraton w 140 minut, ale wiem, że wszystko co spotkało mnie na drodze, którą obrałem – daje mi szczęście.

Pyrrusowe Zwycięstwo

Cel był jasny – 1:11 do złamania. Żeby tego dokonać należy biec ze średnim tempem 3:25/km, co w górzystym terenie oznacza tyle, że musisz po prostu biec ile sił w nogach i na ok. 3-5 km do mety zabrać się za skomplikowane obliczenia, które określą Twoje szanse na końcowy sukces. Następnie, trzeba jeszcze jakoś dotrwać do końca.

Wiedziałem, że jestem w dobrej dyspozycji i miałem niesamowitą ochotę na szalony wyścig. Ruszyliśmy dość zachowawczo, z przodu biegło dwóch Ukraińców: Pawel Oliynyk i Mykhaylo Iveruk oraz Polak Tomasz Grycko. Jakieś 20 metrów za nimi uformowała się spora grupa, w której znajdował się m. in. Grzesiek Gronostaj, Kenijczyk Maina Mwangi, Jacek Sobas oraz dwóch przedstawicieli Policji: Jakub Burghardt i Paweł Piotraschke. Czyli taka ekipa, w której średnia życiówek w półmaratonie nie przekroczyłaby 1:11.

Biegliśmy w takim układzie do ok. 3 km. Na lekkim zbiegu, z naszej grupki zaczął odłączać się Kenijczyk, który ewidentnie chciał przeskoczyć do liderów biegu. Wykorzystałem okazję oraz świetne samopoczucie, jakie jeszcze miałem na tym odcinku i zacząłem wspólnie z czarnoskórym przyjacielem przesuwać się do przodu. Na 4 kilometrze dołączyliśmy do liderującej trójki.

Kilometry leciały, a ja lekko onieśmielony międzynarodowym towarzystwem i obecnością Mistrza Polski, trzymałem się na tyłach grupy. Międzyczasy, jak to w górach nic nie mówiły: 3:03, 3:30, 3:06 i tak na przemian. W końcu zaczęliśmy zbliżać się do podbiegu na przełęcz Tąpadła. Jeden z Ukraińców przypomniał sobie, że jest w robocie i szarpnął mocno grupę, rozrywając dotychczasowy układ. Kenijczyk poszedł za nim. Tomek ewidentnie oszczędzał się po półmaratonie,  który biegł tydzień wcześniej również przyśpieszył, jednak biegł bardzo równo i z dużym zapasem energii. Mi z kolei na kilkanaście metrów odskoczył ostatni towarzysz, drugi z Ukraińców – Iveruk.

Na podbiegu poczułem, że początek był jednak bardzo mocny. Tętno wystrzeliło w górę, a nogi zrobiły się ołowiane. Niestety, nie przekładało się to na dobre tempo. W połowie góry spojrzałem przez ramię, jak wygląda sytuacja za mną i zobaczyłem, że bardzo blisko jest Grzesiek Gronostaj. Z jednej strony nie podobało mi się, że ktoś mnie dogania, a z drugiej cieszyłem się, że to nie kto inny, jak mój biegowy partner.

Jak wynika z międzyczasów na początku podbiegu miałem ok. 45 sekund przewagi nad Grześkiem, a na szczycie pozostało z niej jedynie 10 sekund. Sądzę, że to był decydujący moment dla naszych wspólnych losów. Gdyby Grzesiek dołączył do mnie, to razem byłaby szansa na czas poniżej 1:11., a tak powtórzyła się sytuacja z przed roku.

Na zabiegu lekko oddaliłem się od Grześka i od 12 km biegłem 100-150 metrów za Ukraińcem, a Grzesiek 100-150 metrów za mną, tak minęło 6 kolejnych, bolesnych kilometrów.

PSob2

Killing Hope – 1:11

Na maratonie w Poznaniu jest legendarne wzniesienie, które wśród maratończyków nazywane jest Heart Broken. Znajduje się ono na ok. 40 kilometrze. Jak nietrudno się domyślić, nazwę zawdzięcza temu, że złamało serce nie jednego biegacza. Półmaraton Ślężański z takiej górki, to by się nieźle uśmiał, bo swoich, lepszych ma pod dostatkiem. W tym jedną szczególną, po tegorocznym starcie postanowiłem nadać jej nazwę – Killing Hope.

Jej wyjątkowość polega na tym, że na samym szczycie usytuowany jest znacznik 19-tego kilometra, natomiast na poboczu można dostrzec symboliczną tablicę z napisem: Sobótka. Tak naprawdę, jeżeli masz jakieś założenia czasowe, to teraz, w tym cholernie trudnym momencie dowiadujesz się, co wyszło z tego biegowego rollercoastera: raz po 2:55, a raz po 4:00. Od tego momentu wiesz, że zostały 2 km i 97 metrów i nawet będąc matematycznym gamoniem i tak obliczysz, czy istnieje jeszcze szansa na wypełnienie planu, czy też nie.

Do 19 kilometra wiedziałem, że biegnę na życiówkę, że jest nieźle, wiedziałem również, że 1:11 jest w moim zasięgu. Na 19 kilometrze moja nadzieja została uśmiercona. Do mety pozostało mi 2,1 km, na pokonanie tego dystansu pozostało mi jedyne 6 minut. W tym momencie poczułem mocne rozczarowanie. Biegło się genialnie, byłem na wysokiej pozycji i do pełni szczęścia brakowało już tylko złamania magicznej bariery.

Będąc już cholernie zmęczonym, dobiegłem niemal sprintem do mety i padłem jak żołnierz postrzelony na polu bitwy. Szczęście mieszało się z lekkim rozczarowaniem, ale byłbym hipokrytą gdybym stwierdził, że nie jestem zadowolony z osiągniętego rezultatu. Tuż za mną na metę wpadł Grzesiek, a więc odwróciliśmy kolejność z przed roku. Do tego wyrównaliśmy rachunki z Pawłem Piotraschke i Jakubem Burghardtem, którzy w poprzedniej edycji złoili nam skórę.

Podsumowując swój występ sądzę, że jestem lepiej przygotowany do maratonu niż rok temu. Od poprzedniej edycji poprawiłem się o 15 sekund, mimo mniej obciążającego treningu w okresie zimowym. Można gdybać, co by było na płaskim, ale bieg na 1:10 uważam za realny i w czerwcu na Nocnym Półmaratonie będę atakował tę granicę. Egzamin przed Orlenem uważam za zaliczony, utwierdził mnie on w przekonaniu, że 2:27 jest realnym celem.

10 thoughts on “Killing Hope – czyli o tym, jak nadzieja umiera na 19 kilometrze.

  1. Cześć,

    Jak zwykle bardzo dobrze się czytało. Gratulacje za bieg. Powodzenia na Orlenia. Jak jeszcze nie będzie wiało w twarz między 24 a 29km, to na pewno będzie życiówka. U mnie też 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *