Kenijczyk na pełnym etacie – eksperyment

Z pewnością słyszeliście historie, które opowiadają o dzielnym zawodniku z Kenii, startującym w piątek po południu w osiedlowym biegu na 15 km, po 12 godzinach dokładającym kolejne 10 km w gminie obok, a wszystko ułożone tak, aby cały weekend zamknąć półmaratonem w 1:05. Wszystko to w pośpiechu, bez czekania na oficjalną dekorację, bez gaworzenia z innymi biegaczami, byle szybciej, bo grafik napięty i hajs ucieka.

Oczywiście powyższy akapit należy traktować z przymrużeniem oka. Chociaż taki Metto Kiprono i jego kolega Too Kiprono potrafili w tym roku zająć pierwsze dwa miejsca w Półmaratonie Ślężańskim z czasami 1:05, wsiąść w samochód i po niespełna 24 godzinach od ostatnich zawodów, pobiec w Żywcu kolejny półmaraton w czasach lekko powyżej 1:06. Warto dodać, że ani jeden, ani drugi bieg do łatwych nie należą.

Tak czy inaczej, chłopaki z Kenii budzą w biegowym światku dwie skrajne emocje. Pierwsza, to niesmak i zażenowanie, że do Twojego miasta przyjeżdża gość, którego nazwiska i tak nie zapamiętasz, nic Cię z nim nie łączy i nawet nie bardzo będziecie mieli okazję pogadać, bo polskiego ni w ząb nie umie. Z drugiej strony wiadomo, że dla Nich, to często jedyna droga do godnego życia, a to z kolei można zrozumieć. Nie ma co dorabiać ideologii o miłości do biegania. Gdyby nie to, że bieganie jest dla nich jedyną szansą na normalne życie (w większości przypadków), wcale nie wybraliby takiej profesji. 

Jednocześnie muszę zaznaczyć, że nie mam problemu z tym, że często startują, zabierając lokalsom powód do wiekuistej chwały. Jeżeli dostosowują się do regulaminów zawodów, to nie widzę żadnych przeciwwskazań w tym żeby objeżdżali karawaną wszystkie płatne biegi w Polsce.

Postanowiłem dopisać powyższy akapit już po końcowym przeczytaniu tekstu, bo obserwując naszą polską rzeczywistość zauważyłem, że w mniemaniu wielu osób nie ma kolorów pośrednich między czarnym a białym (chociaż to porównanie nie jest najlepsze w kontekście tematu). My Polacy lubimy skrajności. Nie możesz być patriotą, bo zostaniesz narodowościowcem, nie możesz być obojętny na pewne sprawy, bo uznają Cię za ignoranta. Myślę, że sami rozumiecie.

cityt1

Początek długiego dnia

2 biegi na maksa… z 5 godzinną przerwą

Lubię eksperymenty. Fajnie jest pomyśleć o sobie, że jest się takim szalonym naukowcem, którego nikt nie rozumie, a który wierzy bezgranicznie w swoją zafiksowaną teorię i dąży do jej udowodnienia, co przeważnie udaje się dopiero jego następcom, już po śmierci mentora.
Ale zejdźmy na ziemię, nie jestem szalony, a tym bardziej nie jestem naukowcem. Mimo tego postanowiłem przeprowadzić swego rodzaju eksperyment: czy jestem w stanie pobiec 2 biegi na maksimum swoich obecnych możliwości w przeciągu kilku godzin i jakie będzie to miało konsekwencje dla mojego organizmu. Teraz już pewnie wiecie skąd ten wywód o Kenijskich biegaczach. Po prostu jestem bardzo ciekawy, czy w skali mojego biegania (mikro) takie weekendowe obciążenie będzie niosło ze sobą jakieś konsekwencje.

Dzień eksperymentu – sobota 15 października 2016 roku.

CityTrail – 5 km – 15:44 – 2 miejsce – godzina 11:00

Ograniczę się do kronikarskich obowiązków. Trening ostatnio układał się średnio i bardzo bałem się prędkości potrzebnych do złamania 16 minut na 5 km (tempo 3:12/km). Do tego na linii startu pojawiła się mocna ekipa lokalnych biegaczy. Przede wszystkim Darek Boratyński, Jacek Sobas i Tomek Sobczyk. Już wtedy wiedziałem, że litości nie będzie, co w kontekście maksymalnego wysiłku, któremu miałem się poddać, było korzystne. 

cityt2

Zgodnie z przewidywaniami wymienieni konkurenci oraz dwóch biegaczy, których nie kojarzyłem, utworzyła grupę ucieczkową. Biegłem wśród nich pilnując Darka, który w mojej ocenie będzie nie do pokonania w tej edycji. Pierwszy kilometr – 3:18. Darek uznał, że za dużo osób biegnie mu na plecach i podkręcił tempo. Drugi kilometr – 3:08. biegłem już sam z Darkiem za naszymi plecami z kilkusekundową stratą pędził Jacek Sobas. Trzeci kilometr – 3:09. Ciągle, krok w krok pilnowałem Darka. Jacek zaczął tracić do nas dystans. Gdzieś w połowie kilometra lider biegu postanowił pozbyć się również mnie i ponownie podkręcił tempo. Tego już nie wytrzymałem. Pokonywaliśmy naprawdę trudny fragment trasy i samodzielne utrzymanie wysokiej intensywności było szalenie trudne. 4 kilometr “piknął” w 3:15. Zerknąłem za siebie, Jacek był dość daleko, Darek się oddalił. W kontekście miejsca na mecie nie widziałem sensu na dalsze dociskanie tempa.

Moment zawahania – przecież masz do zrobienia ten cholerny eksperyment! Pełna mobilizacja, mimo niezagrożonego miejsca podkręciłem śrubę i ostatni kilometr zaliczyłem w 2:53. Całość w 15:44, co jest moim drugim w historii rezultatem na tej trasie. 

cityt3

cityt4

Finisz

Bardzo pozytywnie nakręciłem się tym startem. Widać ewidentnie, że najlepszy okres treningowy w moim życiu (w lato) jeszcze oddaje. Niby 4 kilogramy więcej, niby ostatnio kiepsko szło na treningach, a tu proszę – miła niespodzianka.

Pogadałem ze znajomymi, szybko się ogarnąłem i wróciłem do mieszkania na mały posiłek, bo za niespełna 5 godzin chciałem ponownie stanąć na linii startu.

3wzgrz1

Wszędzie ci paparazzi…

Bieg Trzech Wzgórz – 10 km (9,7 km) – 32:28 – godzina 17:00

Zacznę od tego, że przed biegiem byłem bardzo śpiący i mimo przyjemnej, jak na tę porę roku pogody, cały czas trząsłem się z zimna (typowa oznaka zmęczenia). Ruszyłem niechętnie na rozgrzewkę, żeby dojść do siebie przed biegiem. Mam w zwyczaju zaczynać 30 minut przed startem. Po 10 minutach byłem zgrzany jakby na dworze było 30 stopni. Potruchtałem chwilkę i wykonałem kilka wymachów. Bieg nie zapowiadał się zbyt dobrze.

3wzgrza2

Ustawiamy się na starcie, widzę znajome twarze. W normalnej sytuacji powinienem obiegać resztę ekipy, tym razem nie było to takie pewne. Do tego nagle wśród biegaczy wyłania się Jacek Sobas. Trochę śmiechu, że po kilku godzinach znowu będziemy się ścigać, ale dało się wyczuć, że Jacek nie ma ochoty na masakrowanie się przez 10 kilometrów. W mojej głowie zakodowany jest jednak tylko jeden scenariusz – pobiec na maksa!

Ruszyliśmy, kilku narwańców uciekło na pierwszych 500 metrach. Za pierwszą górką (139 m n.p.m) sytuacja zaczęła się klarować. Wyszedłem na prowadzenie, przebiegłem przez kładkę dla pieszych nad jedną z głównych ulic Wrocławia i za moimi plecami był już tylko jeden biegacz. Po dwóch mocnych kilometrach nadal go słyszałem, więc postanowiłem dać mu wyjść na prowadzenie, żeby sprawdzić kto to jest. Przebiegłem za jego plecami ok. 100 metrów i stwierdziłem, że nie znam gościa. Wyglądał dosyć mocno, ale muszę przyznać, że byłem przekonany, że po 3-4 kilometrach w tempie 3:20 będzie “oddychał rękawami”. Wyszedłem więc ponownie na prowadzenie i podkręciłem tempo, trzeci kilometr wyszedł w 3:13, czwarty w 3:17, a gość stracił może z 10 metrów dystansu. 

3wzgrza3

Pierwsza górka za nami!

Zreflektowałem się, że żaden przypadkowy biegacz nie wytrzymuje tyle w takim tempie, jeżeli nie jest dobrze przygotowany na 10 km. Wyboru i tak już w tym momencie nie miałem dużego, docisnąłem jeszcze mocniej i 5 kilometr z górką po drodze (137 m.n.p.m.) machnąłem w 3:16. Przy okazji odnotowałem tętno 191 (przy maksie 192). Na 7 kilometrze nieznajomy dogonił mnie. Schowałem się za jego plecami spodziewając się mocnego “odejścia”. Nic z tych rzeczy, też miał już dosyć. Na przedostatnią górkę (136 m.n.p.m.) wbiegliśmy ramię w ramię. Następnie, mocny zbieg, który zrobił mi z nóg galaretę i byliśmy już na 8 kilometrze. 

W głowie kotłowały mi się dwie myśli: niech już puści to tempo, bo zaraz trzeba będzie mnie zeskrobać ze ścieżki, a równocześnie niech trzyma to tempo jak najdłużej, żebym mógł jak najdalej zabiec w tej intensywności – co za ironia! 🙂

3wzgrz4

Tak wygląda świat z perspektywy 9 kilometra – impresjonizm

Pod koniec 9 kilometra przegrałem bieg. W zasadzie trzymałem cały czas swoją prędkość, ale konkurent przyładował z rezerwy, którą ja roztrwoniłem rano. Zacisnąłem zęby żeby zaliczyć jak najlepszy czas, ostatni trudny fragment na schodach po kładce przebiegającą nad jezdnią, ostatni podbieg na górkę, od której zaczynaliśmy wyścig i szalone tempo w dół do mety. Czas – 32:28. Garmin pokazał dokładnie 9,66 km. 

Na mecie czułem się jakbym skończył mocny półmaraton, a nie bieg na dychę. Od razu podszedłem do Zwycięzcy, no i uspokoiłem trochę sumienie – Adam Wakuluk, czyli nikt przypadkowy. PB w półmaratonie w tym roku w Pile – 1:09:41. W sumie, to nawet jestem wdzięczny mu za rywalizację, bo sam na pewno nie zmusiłbym się do takiej walki o czas.

3wzgrz5

Razem z Adamem Wakulukiem – zwycięzcą biegu

Wnioski
Pisząc ten tekst, jest niedzielne popołudnie. Czuję się jakbym wczoraj atakował PB w półmaratonie. Pośladki mam tak uszkodzone, że siedzę po 5 minut na każdym półdupku, żeby drugi w tym czasie doszedł do siebie. Podobnie sprawa się ma z mięśniami dwugłowymi uda (tymi z tyłu). Pewnie to efekt pokonania wczoraj pięciu mocnych podbiegów w trakcie zawodów. Samopoczucie ogólne – 5/10. Przesunąłem bieganie na wieczór, bo rano nie miało sensu.
W pierwszej wersji mojego eksperymentu myślałem, żeby pobiec jeszcze dzisiaj zawody na 10 km w Lubinie, ale teraz sobie tego nie wyobrażam. 

Ciekawe jest natomiast to, że według kalkulatorów biegowych mój wynik z porannych 5 km – 15:44 odpowiada korespondencyjnie wynikowi na 10 km – 32:54. Zakładając, że brakujące 300 metrów w popołudniowym biegu pokonałbym w ok. 1 minutę, a górki na trasie zabrały ok. 30 sekund (choć sadzę, że więcej), to byłem w stanie pobiec 2 biegi na maksa, w odstępie 5 godzin, bez utraty jakości. Czyli jednak jest to możliwe.

3wzgrz6

Kolejny wniosek, pączki najlepiej smakują po dwóch biegach w ciągu dnia

Naturalnie, co innego Kenijczyk biegający 3 półmaratony dzień po dniu, a co innego 2 biegi na 5 i 10 km, ale zakładając, że chłopaki z Kenii nie biegają na maksa swoich możliwości, zaczynam wierzyć, że jest to możliwe. Natomiast odradzam, to każdemu, kto nie chce zrobić wyrwy w swoim treningu. Taki miks startowy z pewnością nie buduje naszej formy, a wręcz przeciwnie – zabiera nam to, co już zbudowaliśmy.

marihejn

Dzień pod znakiem “2” – dwa biegi, dwa drugie miejsca, dwa piwa z ‘marihuejn’ w nagrodę za trudy dnia – i tylko wzgórza były trzy.

6 thoughts on “Kenijczyk na pełnym etacie – eksperyment

  1. A jak duże są te górki na trasie względnie? Podawanie bezwzględnej wysokości trochę niewiele mówi o stopni trudności ich pokonania;)?
    Gratuluje świetnych wyników!

    1. Słuszna uwaga, miałem napisać w tekście, ale mi umknęło. Startowaliśmy z wysokości ok. 110-115 m n.p.m. Górki miały według organizatora niecałe od 135 do 139 m n.p.m. Podbiegi dosyć krótkie ok. 250 m, więc przewyższenie nie było przytłaczające, ale pokonanie 5 takich odcinków robiło swoje.
      Aha, no i kładka dla pieszych, przez którą przebiegało się po schodach nad jezdnia, też odciskała swoje piętno.

    1. Mnie ten drugi tak zaskoczył, że przez chwilę miałem ochotę skręcić w lewo przez taśmę wyznaczająca trasę i pobiec już po płaskim 🙂

  2. eksperyment fajny, trochę tylko zastanawiam się czy nie zbyt pochopnie wyciągnąłeś wnioski na temat tego, co to daje. Może prawdziwy efekt przyjdzie np. za kilka dni lub później…

    1. Zgadza się, słowo “eksperyment” może brzmieć dość wyniośle. Bardziej adekwatne byłoby określenie test organizmu.
      W niedzielę i poniedziałek czułem się kiepsko. We wtorek było już dobrze, a w środę wykonałem udany trening tempowy.
      Myślałem, że będzie gorzej. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *