Ułożyłem plan A, plan B nie istnieje

Ułożyłem plan A, plan B nie istnieje

Akcja „kalendarz”

No dobra, sytuacja jest taka – w kuchni wisi kalendarz ścienny, który składa się z 3 kartek. Jak na kalendarz przystało – na każdej kartce znajduje się inny miesiąc. Banał, można rzec. Właśnie o taki banał lubimy się z Asią pościerać, zaznaczając swoje wpływy i siłę przebicia argumentów w tej naszej małej, dwuosobowej demokracji (chociaż czasem mam wrażenie, że nasz związek bardziej przypomina totalitaryzm ;)). W kwestii wspomnianego kalendarza, Asia jest zatwardziałą konserwatystką i uważa, że plastikowy, czerwony prostokącik, który wskazuje aktualny dzień miesiąca powinien znajdować się w centralnej części kalendarza. Kartka powyżej ma przypominać o miesiącu minionym, a kartka poniżej – o przyszłym. Ja natomiast, podchodzę do sprawy kalendarza bardziej wizjonersko. W nosie mam poprzedni miesiąc, bo po co mi wiedzieć „co było”. Robię więc od czasu do czasu małą rebelię w domu, i gdy Asia nie widzi, w brutalny sposób zrywam sposób kartki z kalendarza tak, żeby mieć przed nosem, nie jeden, lecz dwa nadchodzące miesiące. Dzisiaj właśnie, pod nieobecność mojej lubej zrobiłem taki zamach stanu. Jak przystało na porządny ruch oporu – kartki zgniotłem, pociąłem i spaliłem, na wszelki wypadek, żeby sprawa była nie do odkręcenia. Najważniejsza jednak wiadomość, która płynie z tej partyzanckiej akcji jest taka, że do Krynicy i Biegu 7 Dolin zostało naprawdę niedużo czasu. Kalendarz u dołu majaczy już pierwszymi dniami września. Trochę mnie to cieszy, trochę niepokoi. Tak, czy inaczej – uznałem, że to ostatni dzwonek żeby przemyśleć „od A do Z” – jak powinienem w tym okresie trenować – w taki sposób, żeby zameldować się na krynickim deptaku w jednym kawałku i o własnych siłach.

CEL – 100 km biegu i 4 tys. metrów przewyższenia

Bieg w Krynicy z relacji znajomych i speców z dziedziny biegów górskich nie należy do trudnych technicznie – i to jest dla mnie bardzo dobra wiadomość (chyba, że nikt nie chciał mnie martwić zawczasu :)). Trasa składa się podobno z szerokich i stosunkowo gładkich ścieżek – bez kamolców sterczących na sztorc i korzeni, które robią wrażenie jakby próbowały złapać biegacza za stopę, przy każdym, kolejnym kroku – podkreślę PODOBNO nie ma. Idealny wyścig dla kogoś, kto ma zapas tempowy względem dystansu, na jakim będzie rywalizował, nie ma szybkości i do tego traci najwięcej na „techniczności trasy” – czyli dla mnie ;).

Czego się boję w Biegu 7 Dolin

  1. Dystansu 100 km – jeżeli ktoś biega płaskie zawody, to nie ma dla niego różnicy między: 60, 70 a 80 km biegu. Wiem, ponieważ sam w taki sposób patrzyłem na rywalizację ultra jeszcze kilka tygodni temu. Jednak te 10, 20 km więcej, które bezrefleksyjnie uciekają, gdy mówi się o rywalizacji ultra – robią ogromną różnicę. 10 km, to w dobrym wyścigowym tempie godzina biegu. Gdy pomyślę o moim ostatnim biegu i o tym, że miałbym spędzić na trasie jeszcze 3 godziny – mam ochotę usiąść na podłodze, rozpłakać się i stukać pięściami w ziemię.
    Bez dwóch zdań – dystansu boję się najbardziej.
  2. Zbiegów po dobrej, szybkiej nawierzchni – tak nie pomyliłem się, pisząc o „dobrej i szybkiej nawierzchni”. To co ogólnie jest dla mnie bardzo dobrą wiadomością, czyli mała „techniczność” trasy, może mieć swój minus, właśnie w obszarze zbiegów. Gdy zbieg jest usłany kamieniami, dziurami, zwalonymi drzewami itp. to może i biegniesz wolniej, tracisz do wytrawnych górali więcej czasu, ale nie masakrujesz sobie mięśni czworogłowych. Tu przeskoczysz, tam przydrobisz – duża zmienność ruchu i brak lądowania całym impetem ciała przy pełnej prędkości, pozwala oszczędzić nogi. W Krynicy tak nie będzie. Zbiegi, to przeważnie rura w dół ile fabryka dała – biegniesz tak szybko, jak szybko jesteś w stanie przebierać nogami. Brzmi fajnie, ale nawet po jednym takim zbiegu możesz mieć przed sobą 70 km biegu z sieką w nogach, co zapowiada się mniej optymistycznie.
  3. Ułańskiej fantazji – powtarzam się jak zdarta płyta, ale nie sposób tego uniknąć, jako asfaltowiec mam mocno zaburzoną percepcję tego co oznacza: „mieć przeciwnika w zasięgu rażenia”. Określenie „biegowy zasięg rażenia” to moje, autorskie nazewnictwo tego jak daleko, i w jakim momencie rywalizacji możesz „puścić” przeciwnika przed siebie, kontrolując jednocześnie na tyle sytuację, że masz przekonanie o tym, że dogonisz go i wygrasz z nim na mecie. Teraz uwaga, będę się chwalił – w maratonie tę granicę mam wyczutą doskonale. Wiem jakim tempem mogę biec, żeby dotrzeć do mety z tarczą, a nie na tarczy. Widząc konkurenta, potrafię oszacować, że gość może mnie wyprzedzać na połówce o 3 minuty, a i tak koniec, końców miniemy się ok. 40 km. Oczywiście nie zawsze tak się dzieje, ale w maratonie jeszcze nigdy nie byłem na półmetku na wyższym miejscu, niż na mecie. W górach jest to niezwykle trudne. Na starcie, oprócz elity, która pobiegnie swoje zawody, będzie zapewne grupa ambitnych szaleńców, takich jak ja, z którymi chciałbym powalczyć. Boję się, że widząc/słysząc o przewadze np. 10 minut na 50 kilometrze trasy, zawodnika będącego przede mną, odpali mi się tryb chorego pościgu, tak żeby zredukować tę kolosalną różnicę. Dokładnie w tym miejscu pojawia się psikus – 10 minut w obliczu kolejnych 50 km po górach to pryszcz, a nie kolosalna przewaga, jak choćby 100 metrów straty na połówce maratonu. Tego, czym grozi taki nerwowy pościg nie muszę chyba pisać. Problem w tym, że w obliczu emocji zrozumienie i zastosowanie tego może nie być wcale takie łatwe.
  4. Braku znajomości trasy – Pewnym jest, że moje pierwsze biegowe kroki w Krynicy będą miały miejsce po strzale startera. Niestety, inne plany urlopowe i logistyczne spowodowały, że nie mam opcji na wcześniejszy rekonesans trasy biegu. Pozostaje przygotowanie teoretyczne. Wcześniej bagatelizowałem ten aspekt, ale po ostatnim starcie w ultra, wiem jak wiele zyskałem świadomością tego, jak dalej będzie wyglądać trasa. Kolejna sprawa, to obawa przed zgubieniem się podczas zawodów. Wiem, że będzie oznakowanie, że wolontariusze, że mapka z trackiem itd., ale warto zauważyć, że na dobrej bombie to i na Nocnym Półmaratonie we Wrocławiu prawie się kiedyś pomyliłem – a przecież trasa była mi perfekcyjnie znana, otoczona barierkami i tłumem ludzi. Ta niepewność nie opuści mnie chyba aż do linii mety.

Czego się nie boję

  1. Przewyższenia 4 tysięcy metrów. – Będzie przejebane, zdaję sobie z tego sprawę. Natomiast, po Chojniku, gdzie było 3700 metrów przewyższenia na 70 km, 4000 metrów na 100 km nie wydaje mi się już takie przerażające.
  2. Żywienia na trasie – Na Chojniku dałem w tym elemencie ciała, ale dokładnie po to biegłem Chojnik, żeby wykryć problemy i zapobiec im w Krynicy. Zmieniam strategię żywienia z ‚żadnej’ na ‚jakąkolwiek’ i powinno być dobrze ;).
  3. Pogody – Może padać, może smażyć jak w piekle. Jasne, że wolałbym idealne warunki do startu, ale jakoś nie straszne mi ulewy i burze. Wiele osób z ultra zwraca na to dużą uwagę, pewnie mają uzasadnienie swoich obaw, ale warunki będą przecież dla wszystkich takie same. Ewentualnie sprzęt, który trzeba będzie dobrać do potencjalnie niedogodnych warunków może sprawiać kłopot, a nie pogoda sama w sobie.

Plan treningowy na najbliższe 75 dni

  1. Minimalny kilometraż tygodniowy 150 – powiedzmy sobie szczerze, jestem typowym zawodnikiem „objętościowym”. Mogę trzaskać kilometry jak zły i nie mam z tym kłopotów. Lubię objętość i do maratonów bazuję głównie na tym elemencie. Gdyby nie ograniczenia czasowe, mógłbym pewnie robić i 180 tygodniowo przez dłuższy czas (już mi się to zdarzało) i nie miałbym z tym problemu. Jednak brak czasu, pozwala mi maksymalnie na 150 km w tygodniu – to maksymalnie musi stanowić w najbliższych 10 tygodniach również wartość minimalną. Bez nabicia licznika na takim poziomie, nie mam szans na wyścig na 100 km. Tydzień bez 150-tki, to tydzień stracony ;).
  2. Jedno długie górskie wybieganie raz na 5-6 dni – jedna z zasad teorii sportu mówi o tym, że jeżeli chcesz być lepszym pływakiem – musisz więcej pływać, jeżeli chcesz być lepszym koszykarzem – musisz więcej rzucać do kosza itd. Jest to zasada specyficzności. W bieganiu ultra chodzi o specyficzny, długi, monotonny wysiłek. Nie ma nic bardziej odpowiadającego charakterowi górskiego ultra, niż długie spokojne wybiegania po górach. Mój plan zakłada, że raz na 5-6 dni będę się pojawiał na Ślęży (lub w Karkonoszach jak się uda) i będę wykonywał treningi między 2,5 a 3,5 godziny. W pewnym sensie jest to dla mnie nowość, ponieważ do tej pory trenowałem zgodnie z zasadą nie przekraczania 2,5 godziny biegu. Wymagania ultra znajdują się jednak poza tym schematem, więc i trening musi być nieco poza moim standardowym schematem przygotowań. Jedyną rzeczą, którą chcę kontrolować podczas tych treningów jest przewyższenie. Nie interesuje mnie ani tętno z tego treningu, ani tempo. Warunek jest taki, żeby przewyższenie nie było mniejsze niż to w Krynicy, czyli ok. 400 metrów na 10 km biegu.
  3. Wzmocnienie mięśni czworogłowych – projekt 10 000 przysiadów do Krynicy. Lubię liczby, natomiast nie lubię ćwiczeń uzupełniających. Jeżeli kogoś obdarłem ze złudzeń, że z przyjemnością zabieram się wieczorem za ćwiczenia sprawnościowe – przepraszam. Wiem, że słabą stroną mojej obecnej dyspozycji górskiej jest mięsień znajdujący się z przodu uda. Ten skurczybyk jest odpowiedzialny za prostowanie nogi, która wciąga Cię do góry na podbiegu, jak i za amortyzowanie naszego ciała podczas zbiegu. Bierze wolne tylko na płaskim, i to też nie do końca. Chcę uniknąć sytuacji, w której weźmie sobie tzw. NŻetkę, np. na 80 kilometrze rywalizacji, co przy szybkich, krynickich szlakach jest niestety możliwe. Muszę zatem, za wszelką cenę, wzmocnić ten rejon ciała. Mógłbym kombinować różnymi dziwnymi ćwiczeniami, ale doszedłem do wniosku, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Z moich obliczeń z kategorii „Pi razy drzwi” wyszło, że 10 000 przysiadów w 75 dni, to taka idealna dawka, żeby się nie zmasakrować tym ćwiczeniem, ale jednocześnie odczuć jego pozytywny efekt. Na dzień wychodzi coś koło 135 przysiadów (powiedzmy 4 serie po 35 szt.). Liczę że czwórki pozytywnie zareagują na ten pomysł.
  4. Drugi zakres na pobicie wydolności – żadnych, innych akcentów. Drugi zakres w moim mniemaniu najlepiej odpowiada wysiłkowi, który mnie czeka. Wysiłek, który w pełni kontroluję, w intensywności, która jest bardzo zbliżona do tej, jaka mnie czeka. Można zrobić tę jednostkę w połączeniu ze sporą objętością. W porównaniu do innych akcentów, miło się go biega.Tak więc, same plusy :). Taki akcent będę robił pewnie raz na 6-7 dni, między wypadami na Ślężę.

Przykładowo, 10 dni treningu wyobrażam sobie tak:

Poniedziałek – 18-20 km spokojnego biegu.
Wtorek – 12-15 km drugiego zakresu (w sumie ok. 20 km biegu).
Środa – 18-20 km spokojnego biegu.
Czwartek – Wycieczka biegowa po górach (2,5-3,5 h ok. 30 km).
Piątek – 18-20 km spokojnego biegu.
Sobota – 18-20 km spokojnego biegu.
Niedziela – 12-15 km drugiego zakresu.
Poniedziałek – 18-20 km spokojnie.
Wtorek – Wycieczka biegowa po górach
Środa – 18-20 km spokojnego biegu.

Podsumowanie

Kończąc tekst, zastanawiam się, czy powstał on bardziej dla mnie, czy dla czytelników. Chyba po części jedno i drugie. Poukładałem sobie myśli – co i kiedy chciałbym zrobić, a jednocześnie powstał interesujący materiał. Chciałbym za 80 dni napisać: „Tak jak przewidywałem, ‚to i to’, pozwoliło mi uniknąć ‚tego i tego’, co w efekcie dało ten znakomity wynik, z którego jestem bardzo zadowolony”. Takie proste marzenia ;). Znając życie, będę jednak musiał napisać o tym, co nie zadziałało, ponieważ nigdy nie jest tak, że wszystko układa się idealnie. Z drugiej strony, to duży plus tego co robię, bo dzięki kolejnym doświadczeniom, można dalej poszukiwać rozwiązań idealnych, a to właśnie te poszukiwania stanowią największą wartość biegowej przygody, która nigdy się nie kończy.

dav

2 Replies to “Ułożyłem plan A, plan B nie istnieje”

  1. Dzięki za ten tekst. Po jego przeczytaniu widzę że muszę w podobny sposób spojrzeć na własne małe plany i poukładać sobie to do czego zmierzam i jak to zrobić.
    Jeśli chodzi o Twój PLAN to jestem dziwnie spokojny że uda Ci się go zrealizować, natomiast coraz bardziej ciekawi mnie czy w październiku potrafisz cały ten eksperyment odłożyć na półkę i spokojnie wrócić do planu 140minut

    1. Na razie nie chcę myśleć o potencjalnym kierunku dalszej zabawy z bieganiem. Być może środowisko górskie (myślę o wyzwaniach, celach i ambicjach) wciągnie mnie mocniej i asfalt stanie się jedynie uzupełnieniem mojego biegania. Z drugiej strony, w wyzwaniach najprzyjemniejszy moment, to ten, w którym następuje ich realizacja. Myśląc o sobie za 20 lat, chciałbym opowiadać o projekcie 140 minut w formie dokonanej, a o biegach górskich wspominać, jako o ciekawej przygodzie.
      Dzięki za komentarz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *