Raport treningowy #16 (14-20.01)

Objętość: 75 km
Treningi biegowe: 5
Trening uzupełniający: 1
Akcenty: 2

Poniedziałek i Wtorek
16 i 15 km w tempach, kolejno: 4:24 i 4:30.

Obydwa dni poświęciłem na bardzo lekkie treningi, którymi odbudowałem się nieco po mocniejszym weekendzie. Zresztą, w dość podobnym klimacie utrzymałem cały tydzień. Poczułem przez ostatnie 7 dni, że najnormalniej, potrzebuję więcej odpoczynku i tak właśnie postępowałem w najbliższych jednostkach.

Środa
20 km po 4:34 w tym 10 km po górce śmieciowej.

Można powiedzieć, że to jedyny akcent w tygodniu poza sobotnim biegiem (o nim za chwilę). Najpierw jednak parę słów o tym, czym jest „Górka Śmieciowa”. Dla biegaczy mieszkających w tej części miasta co ja, jest to jedyne wzniesienie terenu, które godne jest określenia „górka”. Taki dokładnie jest Wrocław – płaski jak stół. Jak chcesz zrobić podbiegi, to albo czeka Cię krążenie po wiadukcie w te i z powrotem, albo wizyta na Śmieciowej. Swoją nazwę zawdzięcza mało chlubnemu pochodzeniu od starego wysypiska śmieci, które zostało zamknięte i przystosowane do krajobrazu, czyli zasypane ziemią. Jest Tam podbieg o długości ok. 250-300 metrów. Nachylenie bez szału, ale zawsze.

Podbiegi wykonywałem bez specjalnego nacisku, starałem się jedynie zaangażować mocniej w bieg pod górę, a odcinek w dół wykorzystywałem do spokojnego odpoczynku. Takie bieganie charakterystyką przypomina bieg krosowy, który jest połączeniem budowy wytrzymałości i siły. Przyjemny, niezbyt wymagający bodziec treningowy.

Po treningu czułem przyjemne zmęczenie, daleko było mi do stanu całkowitego wyjechania, jak to bywa podczas innych mocnych treningów.

Czwartek
15 km po 4:10

Standardowe wybieganie. Trening wykonany z samego rana, bez specjalnych fajerwerków, na pewno nie było super lekkiej nogi.

Piątek
Wolne 🙂

W myśl ładowania akumulatora, urządziłem sobie dzień całkowicie wolny od biegania.

Sobota
Zawody CITY TRAIL na 5 km, czas: 15:36

W sobotę nadeszła pora na kolejną odsłonę cyklu City Trail. Tradycyjnie więc przy tej okazji zameldowałem się razem z Asią i całą załogą 140 minut w Lesie Osobowickim. Przyznaję, że ze względu na niewielką dawkę regeneracji w minionym tygodniu, a w zasadzie jak i poprzednich również, nie byłem nastawiony pozytywnie do tego wyścigu. Choć trafniejsze będzie określenie, że po prostu z powodów zdroworozsądkowych nie nastawiałem się na szybkie bieganie. Asekuracyjnie zapowiedziałem Asi, że biorę wszystko poniżej 16 minut za dobry wynik i uciąłem dalszą dyskusję.

Warunki w Lesie okazały się bardzo dobre do szybkiego biegania. Rozmokłe zazwyczaj ścieżki, pięknie zamarzły, przypominając twardością niemal asfalt. Pomyślałem, że tak to właśnie jest, że jak człowiek ma gorszą dyspozycję, to los od razu to wyczuwa i wytrąca z rąk wszystkie argumenty na usprawiedliwienie swojego wyniku.

Rywalizacja w pierwszej fazie miała tym razem dość spokojny przebieg. Ruszyliśmy spokojnie po 3:12 na km. Grupa ok. 8 osób. Zawsze jak biegniemy taką watahą w tempie bliskim 3:00, przypominam sobie dlaczego tak bardzo kocham ten sport. Gnać przez las ramię w ramię z innymi biegaczami na skraju swoich możliwości – piękna sprawa. Na 3 km zaczęła się pierwsza selekcja. Grupa zmniejszyła się do 5 osób. Choć może to śmiesznie brzmieć, to ja zdecydowanie zawyżałem średnią wieku wśród tej grupy. 🙂 Taka sytuacja zawsze determinuje u mnie zastosowanie jedynej strategii, która pozwala rywalizować mi z młodymi wilkami o dobre miejsce – mocny bieg tempowy i długi finisz. Zostawiając rozstrzygnięcie biegu do ostatnich metrów skazuje siebie samego na porażkę. Ruszyłem więc zdecydowanie mocniej wychodząc na czoło grupy, co spowodowało że 4 km zamknęliśmy w 3:02 sekundy. Prędkość, która skutecznie zabijała we mnie przyjemność biegania, okazała się niczym wzruszającym dla Darka Boratyńskiego i Mikołaja Czeronka, którzy rozpoczęli swój wyścig po zwycięstwo. Tymczasem ja na ostatnim kilometrze walczyłem o odparcie ataku Rafała Mrowińskiego, który odrabiał stracony wcześniej dystans.

Na 500 metrów do mety Rafał niestety mnie dogonił i momentalnie odskoczył na następne 10 metrów przede mnie. Zerknąłem przez ramię, czy dam radę obronić 4. miejsce i zobaczyłem że mam spory zapas i nie muszę się już zarzynać, co rozluźniło nieco moją mobilizację, a szkoda. Na 300 m do mety zobaczyłem, że Rafał nie buduje już większej przewagi i choć byłem totalnie zajechany pomyślałem, że fajnie byłoby wygrać coś na finiszu biegu na 5 km, tak na przekór ostatnim 6 latom mojego biegania, kiedy to na finiszu spoglądałem jak przyspieszają rywale. Przez kolejne kilkanaście metrów wahałem się, czy nie skończę takiego ataku gdzieś w rowie przed metą, ale ostatecznie spróbowałem. Zacisnąłem zęby i dosłownie wyszarpałem resztki sił na mocny zryw na ostatnich 200 metrach. Gdy mijałem Rafała wiedziałem, że jak trzeba będzie to będę gryzł trawę, ale wbiegnę na metę przed nim. Na szczęście nie musiałem, udało się bez gryzienia. Wbiegłem na metę z czasem 15:36, co jest wynikiem gorszym od mojej życiówki z tej trasy o… 1 sekundę. Ehhh…. ale i tak jestem szczęśliwy. 🙂

Młodzi nawet niewzruszeni, dziadka trzeba skrobać z ziemi ;p

Niedziela

Niestety zaliczyłem treningowego doła. Trochę to zabawne, że dzień po takim mocnym bieganiu, nie potrafiłem zmobilizować się do mocnego wysiłku, ale naprawdę tak było. Pisząc, że to zabawne nie mam na myśli zmęczenia organizmu – to że takie zmęczenie było, jest czymś normalnym i należało się tego spodziewać. Bardziej chodzi mi o kwestie mobilizacji do wyjścia na trening. Asia obudziła się chora. Swoją drogą, to też było ciekawym zjawiskiem, że kładąc się spać, czuła się normalnie, a rano była już cała obolała, z gorączką i zakszlana na maksa.

Ja zabrałem się rano do innej roboty, później sam zacząłem się czuć mocno średnio, a gdy popołudniu musiałem podjechać autem w jedno miejsce, okazało się że i auto stanęło przeciwko mnie. Ostatecznie wróciłem do domu i stwierdziłem, że tego dnia to już nigdzie się nie zamierzam ruszyć.

Dla zabicia wyrzutów sumienia, wyciągnąłem roler i przynajmniej tyle zrobiłem dla swojej sportowej dyspozycji, że trochę zadbałem o regeneracje mięśni po wczorajszym wyścigu.

Podsumowanie

Ostatnio chwaliłem się, że kilometraż poszedł do przodu. Teraz poszedł w las. Z jednej strony jest to świadomy zabieg, który ma pomóc mi z regeneracją, której z kolei brak odczuwam dość dotkliwie. Z drugiej, zabrakło mi w pewnych chwilach tego o czym pisałem jakiś czas temu – determinacji, do wykonania kolejnej jednostki. Ostatecznie forma poszła w las, a konkretnie Osobowicki i dobrze się w nim odnalazła, co zaowocowało świetnym wynikiem na 5 km. O ile tym razem to miłe zaskoczenie, o tyle za miesiąc zakładam, że chciałbym mieć wynik na poziomie jeszcze wyższym, ponieważ jest to już najwyższy moment, aby forma zaczął rosnąć mocno w górę przed okresem wiosennym. Obym się nie mylił.

Do usłyszenia.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *