Prezent na Dzień Dziecka – „Siedemdziesiąt z hakiem”

Prezent na Dzień Dziecka – „Siedemdziesiąt z hakiem”

Ludzie robią w swoim życiu rzeczy mądre i głupie. Wśród tych drugich można wyróżnić takie, które śmiało nazwiemy bardzo głupimi. Gdzieś ponad tym podziałem są jeszcze kretyństwa, będące „top of the top” bez względu na kategorię głupoty. Mam w tej chwili przed nosem mapę biegu „Siedemdziesiąt z hakiem” – (tak, to nie jest przypadek :)) i oglądam kolejne fragmenty trasy zawodów, na które zapisałem się dobry miesiąc temu, nie mogąc oprzeć się myśli, że jednak którejś klepki mi brakuje.

Mój udział w Karkonoskim Festiwalu Biegowym Ultra Chojnik

Ten rok poświęcam w największym stopniu przygotowaniom do jesiennego biegu „7 Dolin” w Krynicy, na dystansie 100 km. Jestem na takim etapie wtajemniczenia, na którym każdy krok po kamieniu, błocie i trawie stanowi dla mnie dużą lekcję biegania w trailu. Dokładnie z tego powodu postanowiłem zweryfikować moje aktualne możliwości na długim i trudnym dystansie, jakim jest bez wątpienia bieg „Siedemdziesiąt z hakiem”, odbywający się w ramach Karkonoskiego Festiwalu Biegowego.

Dlaczego właśnie 70 km po Karkonoszach?

Odpowiedź jest prosta, po pierwsze, jak podaje organizator: suma przewyższeń wynosi  3683 metrów. Przy zachowaniu proporcji do długości dystansu, jest to przewyższenie niewiele większe, niż to które czeka mnie w Beskidzie Sądeckim we wrześniu. Obecnie, po 1,5 miesiącu treningu ukierunkowanego na biegi górskie potrafię powiedzieć cokolwiek na temat przewyższenia, ale zapisując się na bieg, wartość 3683 nic kompletnie mi nie mówiła. Nie przyszedł mi do głowy żaden inny pomysł na to, jak sprawdzić obciążenie wysiłkiem na takiej trasie, niż spróbować się na niej pościgać :).
Po drugie, znawcy tematu górskich wojaży, zwracali mi uwagę na „techniczność” biegania po Karkonoszach, a dokładnie tego elementu mi brakuje. Krynica w porównaniu do Ultra Chojnika jest podobno stosunkowo łatwa technicznie, to dla mnie dobra wiadomość, jako typowego asfaltowca. Jednak, nie zmienia to faktu, że na trudnym terenie, gdzie bieg przypomina taniec w gnieździe żmij, tracę do reszty grube minuty. Liczę, że szlifowanie tego elementu w warunkach bojowych wyjdzie mi na dobre.

O trasie „Siedemdziesiątki z hakiem”

Gdy pierwszy raz zobaczyłem na papierze trasę biegu, pomyślałem „ale fajna pętelka po górach”. W głowie miałem wtedy wizję 1-2 podejść/podbiegów, które jak przez mgłę pamiętam z dzieciństwa i szkolnych wycieczek. Po tym jak klamka zapadła, postanowiłem wybrać się w góry na wędrówkę fragmentami trasy (o czym wspominałem enigmatycznie w poprzednich wpisach – http://www.140minut.pl/andrzej-vs-gory-vol-ii/).

Jakież było moje zdziwienie, gdy po niemal 500 metrach pionowej ściany musiałem robić przerwę, choć nie opuściłem jeszcze dobrze parkingu na którym zostawiłem auto. Do tej pory Karkonosze kojarzyły mi się z górami w stylu „wejść na górę i później jest już płasko” – i tak w istocie jest. Kto śmigał po trasie Śnieżka – Szrenica ten wie, że całość można pokonać bardzo dobrym tempem, pokonując po drodze niewielkie wzniesienia. Szkopuł Siedemdziesięciu z hakiem polega na tym, że jak tylko pokonasz najgorszy pion, to trasa biegu bezlitośnie każe Ci skierować się ponownie w dół – i tak na zmianę: góra – dół przez ponad 70 km. Jest z tego jeden plus – gdy widzisz, że teren zaczyna się wypłaszczać, możesz rozglądać się za zakrętem ;).

O konkurentach i oczekiwaniach

Jestem typem sportowca, który uwielbia rywalizację. Naprawdę, gdyby nie możliwość porównywania się z innymi, sport na pewno by mnie tak nie wciągnął. Przed zawodami asfaltowymi lubię sprawdzić kto z mojego poziomu biegnie na zawodach i przygotować sobie taktykę najlepszą z możliwych, żeby konkurenta pokonać. W górach jednak, nie mam pojęcia kto jest mocnym zawodnikiem, a kto nie (i nie wynika to z ignorancji). Do tej pory śledziłem to środowisko zdecydowanie mniej i poza absolutnym topem w kraju nie potrafię wymienić najmocniejszych zawodników. W związku z tym podchodzę do wszelkich zapowiedzi/zobowiązań/prężeń muskułów na chłodno. Będę, który będę. Jak skończę na 25 miejscu, to przecież nic się dramatycznego nie wydarzy. Jak pojawi się szansa na zwycięstwo, to zamierzam z niej skorzystać. Rywalizację z innymi zawodnikami, jak i cały bieg traktuję jako wielką dawkę nauki, z której zamierzam maksymalnie skorzystać.
Trudno jest mi nawet szacować, na jaki czas będę biegł, albo jakim tempem będę się przemieszczał. Kilometry podbiegowo-podejściowe na Ślęży, gdzie kilka razy trenowałem, wychodzą w ok. 9 minut. Na zmęczeniu wyjdą pewnie i 10-minutowe odcinki. Z kolei po płaskim odpoczywam bardzo efektywnie przy tempie 4:00-4:15. Co ciekawe, zbiegam bardzo podobnym tempem, co biegnę po płaskim. 🙂

Z tej matematyki wychodzi tylko tyle, że nie mogę biec dłużej niż 8 godzin, czyli teoretycznie coś ok. 6:45 na km. Nie mogę biec dłużej, ponieważ mój Polar nie trzyma dłużej baterii. Może być ciężko, ale chciałbym mieć zarejestrowaną na zegarku całą trasę. 🙂

O tym czego się spodziewam – co tym startem zyskam

Najogólniej – doświadczenie. Nie ma lepszej jednostki treningowej niż zawody. Natomiast bardziej szczegółowo, mam nadzieję (chyba to złe słowo, ale nie znalazłem lepszego), że coś pójdzie nie tak jak powinno. Brzmi przewrotnie, ale dokładnie to mam na myśli. Zwykły maraton, na którym wszystko jest elegancko wyliczone, zaskakuje czymś za każdym razem. Jestem niemal pewny, że na Siedemdziesiątce z hakiem wydarzy się coś, czego nie przewidziałem, np. nieodcięta metka zrobi mi ranę na nodze, mini-bidony powypadają mi z kamizelki, odczytam mapę do góry nagami na 60 kilometrze i dołożę 20 dodatkowych :). Zmierzam do tego, że jeżeli mam popełnić jakiegoś „wielbłąda” to stwarzam sobie ku temu idealną okazję. W Krynicy chcę biec ze świadomością, że kontroluję maksymalną liczbę rzeczy.

Cieszę się na nadchodzące cierpienie

Na koniec napiszę jeszcze, że dawno nie cieszyłem się tak na nadchodzące zawody – serio! Każdego dnia zastanawiam się kilkoma nowymi sprawami, które są związane z biegiem i nadal mi mało. Wiem też, że pewnie po 3 kilometrach będę zastanawiał się, czy na pewno jestem normalny i stwierdzę, że prawdopodobnie nie, ale i tak się cieszę! 🙂

Trzymajcie kciuki!

Start 2 czerwca o 4 nad ranem. Coś czuję, że będzie z tego biegu ciekawa relacja! 🙂

2 Replies to “Prezent na Dzień Dziecka – „Siedemdziesiąt z hakiem””

  1. Powodzenia:) zapowiada się ciekawie. Wygląda na to, że spotkamy się na trasie gdzieś w drodze do Karpacza. Ja startuję o 1 w nocy na UCH, ale robimy dodatkową pętelkę ok 30km. Nie wiem jakie obciążenia wali się na czwórki na Twoim poziomie, ale wydaje mi się, że z tej strony mogą być niespodzianki na biegu. Pamiętam, że na debiucie 65km w Krynicy musiałem zatrzymać się na łatwym stromym zbiegu właśnie przez czwórki. Podbiegi po takim zbiegu też nie są zbyt radosne 😀 Oczywiście mówię z perspektywy kogoś kto nie robi skipów, wieloskoków, przebieżek i interwałów, więc kluczowych ćwiczeń na siłę biegową 😉
    Druga niespodzianka może być związana ze strategią jedzenia i picia przez tyle godzin lecąc mocnym tempem.

    1. Dzięki za komentarz :). Rzeczywiście te dwie sprawy mogą mieć bardzo duże znaczenie, chociaż wolałbym żeby zaskoczyło mnie coś innego. Słabości moich czwórek jestem w 100% świadomy. Jeżeli to one wysiądą i będzie po biegu, to niestety ‚wysypię się’ na problemie już zdiagnozowanym, a wolałbym zmierzyć się z ukrytym wrogiem. Co do odżywiania, powinno być lepiej/łatwiej niż z czwórkami, ale to również spora niewiadoma. Do tej pory najdłuższy bieg jaki zaliczyłem trwał 4,5 godziny podczas zeszłorocznego Wingsa. Pamiętam, że mimo regularnego zasilania żelami i uzupełniania płynów, gdy zobaczyłem na 60 km wolontariusza z puszką Red bulla w ręce, podbiegłem do niego i wyrwałem mu ją bez pardonu. Mimo, że nie pijam takich rzeczy zbyt często, to był to najcudowniejszy smak cukru jaki poczułem w całym 2017 roku :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *