Outsider

Outsider

Przed chwilą skończyłem pisać i od razu skasowałem tekst, który miał sporo ponad 1200 wyrazów (to całkiem dużo jak na wpis na bloga). Opisałem w nim mój dzisiejszy sen i to, co według mnie oznacza. Po przeczytaniu uznałem, że jednak jest zbyt intymny. W skrócie… śnił mi się nauczyciel z gimnazjum, którego bardzo szanowałem. Zarówno za sposób nauczania, jak i za podejście do uczniów i ich problemów. Przyszedł do mnie i powiedział, że ostatnie 15 dni przerwy od treningu zmarnowały cały, ciężko przepracowany styczeń. Nie był to co prawda koszmar, bo w sumie byłem świadomy takiej sytuacji, jednak było w tym coś nieprzyjemnego.

Planuję wyjść dzisiaj na trening. Noga mnie nie boli. U lekarza nie byłem. Na stopie widać jeszcze ślad w miejscu, w którym złapałem kontuzję. Liczę, że tymi czteroma krótkimi zdaniami zaspokoiłem potrzebę informacji wszystkich, którzy chcą wiedzieć co się u mnie dzieje.

Dodam jeszcze, że trochę boję się wejść w normalne obroty treningowe, ale jeżeli czegoś ze sobą nie zrobię, to zwariuję. Sam już nie wiem od czego jestem bardziej uzależniony, od samego biegania, jako formy ruchu, czy od rywalizacji. Nie ciągnie mnie na trening, tak jakby była to najprzyjemniejsza rzecz pod słońcem, z drugiej strony gniję od środka na myśl, że dni uciekają, a ja zamiast być coraz mocniejszy – jestem coraz słabszy. Można oszaleć! Jakiś pseudo syndrom przemijania, który zaatakował 25-latka.

Gdy jestem w gazie, to wszystko idzie do przodu. Mechanizm złożony, jak w konstrukcji F-16. Biegam ostro, jem mniej, waga leci w dół, mogę biegać szybciej, padam ze zmęczenia, więc się wysypiam. Domykam grafik pod akcenty, tym samym jestem zorganizowany do granic perfekcji. Mam podzieloną dobę na 15-minutówki i recytuję 7 dni do przodu, co będę robił w każdej z nich. Gotuję, sprzątam, trenuję, jem, piszę, śpię – wszystko w równowadze, wszystko pod kontrolą. Układ tak zajebiście zamknięty, że Mendelejew w grobie bije brawo.

A jak treningi wylatują z harmonogramu, to wszystko zaczyna się sypać. Tracę rytm i poczucie obowiązku. Przejadam się, raz z nudów, a innym razem z uzależnienia od serotoniny. Wieczorem nie jestem taki zmęczony, więc przeciągam pójście spać i rano jestem nieprzytomny. Zaczynam chodzić podrażniony i czepiam się innych. Jednym słowem – masakra!

Przerwy 15 dni od treningu z powodu kontuzji jeszcze nigdy nie miałem. Coś strasznego, miesza mi się momentami we łbie jak po lobotomii. Boję się, że nie będę w formie, jeśli nie zacznę zaraz trenować, i że załatwię się na całego, w momencie gdy zacznę szybko nadrabiać straty – Osioł Buridana.

12 Replies to “Outsider”

  1. Cześć Andrzej. Na wstępie chciałem zaznaczyć, że osobiście Cię nie znam, a trafiłem na Twojego bloga poprzez bloga Grzegorza Gronostaja. Nie widziałem, że we Wrocławiu takie „świry” biegowe istnieją:) W ciągu dwóch dni przeczytałem artykuły z Twojego bloga i muszę przyznać, że są to jedne z lepszych tekstów o bieganiu, ale i nie tylko. Czyta się je jednym tchem. Masz chłopie upór, ambicje i niezły dar do pióra… A nawiązując do Twojej kontuzji i mojego doświadczenia (niestety też z kontuzjami) to uważam, że nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. W Chinach przyjęło się, że „kryzys” to nie tylko zagrożenie i niebezpieczeństwo, ale także nowa droga i szansa. Na co?… to się okaże, ale nieraz było tak, że takie kryzysowe okresy więcej przynosiły pożytku (choć możesz teraz pomyśleć, że piszę farmazony) niż szkody. Czego Ci oczywiście z całego serca życzę. No i cierpliwości dla Asi:)

    1. Hej,
      Dzięki za komentarz, bardzo pokrzepiający. Jest coś w tym co napisałeś o „nowej drodze”, choć lubiłem moją wydeptaną ścieżkę. Doszukując się plusów, będę mógł dzięki kontuzji brać udział w dyskusji publicznej, co jest dobre, a co nie, w przypadku urazu. Taka nutka wilczego humoru. 😉
      P.S Asia poczuła się doceniona 🙂

  2. Nie łam się. Poprzednie sezony szedłeś do celu jak po sznurku, a przecież w końcu musi zrobić się jeszcze trudniej. Wydolność z pewnością odpracujesz i lada moment będzies fruwał.

    Jeśli nie próbowałeś zastępczych aktywności, to może rower – z tym że na tych siłownianych umrzesz z nudów. Mniej oczywistym wyborem, choć wcale nie gorszym (a może lepszym) byłoby egrometr wioślarski. Również nuda, ale nie taka – bo i zmęczyć się łatwiej, a benefit dla prawie wszystkich mięśni i bodziec dla układu krwionośnego nie do przecenienia. Sam stosowałem ergometr w trakcie miesięcznej przerwy spowodowanej achillesem i były to bardzo wartościowe treningi.

    Anyway – światełko w tunelu już jest, powodzenia!

  3. Z jednej strony strasznie Ci współczuję obecnego stanu (dosłownie współczuję bo jestem na etapie diagnozy mojej kontuzji) i rozumiem co czujesz, a z drugiej strony Twoja bessa treningowa podniosła mnie na duchu – że nie jestem w tym sam! Taki myślę zdrowy egoizm, czy się mylę?
    Wczoraj zazdrościłem małolatkom z mojego osiedla, że mogą sobie swobodnie przebierać nóżkami, byłem nawet na to wściekły.
    Szybkiej reaktywacji i chłodnej głowy przy powrocie do treningów z całego gorącego do biegania serca Ci życzę!

    1. Dzięki. Trochę smutne, ale bardzo prawdziwe, że jakoś tak łatwiej na sercu, gdy inni też nie mogą poszaleć na treningach.

  4. Andrzej nie łam się!!! Boże, jakie wy macie problemy!!!! Chciałbym chociaż przez tydzień być w waszej skórze i narzekać że coś mi nie idzie i być jednocześnie jednym z 30 ludzi w Polsce którzy złamali 2:30 w maratonie. 🙂
    P.S. w tym roku będę walczył o złamanie 1:20 w półmaratonie i zadebiutowaliśmy w maratonie warszawskim poniżej 3h. Zdrowia Mistrzu i Pozdrowienia dla Grzegorza Gronostaja i waszego Item!!!!:-)

    1. Hej,
      Dzięki. Tak to już jest z pragnieniami. Ja zawsze powtarzałem, że celem jest 140 minut w maratonie i nic innego mnie nie interesuje. Koś może napisać, „Chłopie, masz jeszcze 8-10 lat na osiągnięcie celu, bez stresu!” i miałby rację, ale jak już człowiek wejdzie w posiadanie czegoś, to trudno mu się z tym rozstać, w moim przypadku to posiadanie dobrej formy. Nawet jeżeli rozłąka jest tymczasowa. 😉
      Trzymam kciuki za udany debiut i mową życiówkę w półmaratonie!

  5. Andrzeju, Twoja opuchnięta kostka przypomniała mi własne skręcenie sprzed – bagatela – 12 lat (oj, stary ja). To był sierpień, wyglebiłem się na prostej leśnej ścieżce podczas rytmówki. Miałem raptem kilka tygodni do jesiennych startów na bieżni a tu taki klops. Z tą różnicą, że mi wtedy trochę ulżyło, bo nie czułem się wcale na siłach, żeby jakiekolwiek życiówki we wrześniu trzaskać, więc ta kontuzja paradoksalnie była mi trochę na rękę – o ironio. W każdym razie pauzowałem jakieś 6 tygodni jeśli dobrze pamiętam, bo chyba ze 3 tyg gipsu, potem jeszcze rehabilitacja i jak ruszyłem na pierwszy trening to mnie październik zastał. I nie chcę tu teraz uprawiać taniego pocieszania…ale! Kilka miesięcy później, po całym tym przymusowym odpoczynku, gdzie podczas leżakowania w gipsie łydka straciła dobre kilka cm w obwodzie – ale kilka miesięcy później miałem sezon życia. Także tego 😉 Życzę Ci rychłego powrotu do biegowego kieratu ;)!

  6. Miałem dwa tygodnie przerwy w końcu listopada potem cały grudzień treningu 6 stycznia start na piątkę w Łodzi gdzie poprawiłem życiówkę gdyby nie ta przerwa listopadowa nigdy bym się nie dowiedział że mogę zrobić taki wynik po miesiącu od przerwy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *