O (nie)mocy polskich maratończyków (komentarz)

Czwarty z pięciu największych, wiosennych maratonów w naszym kraju za nami. Mam tu na myśli takie kolubryny jak: Dębno Maraton, Łódź Maraton, Orlen Warsaw Maraton i Gdańsk Maraton. W zasadzie do tego grona dołączy tej wiosny już tylko Kraków. Na kolejny sezon maratoński przyjdzie nam poczekać przynajmniej do września. Pomyślałem, że to dobry moment, żeby podsumować krótko maratońskie wydarzenia. W końcu wiosna rozgościła się na całego, taki optymistyczny wpis idealnie będzie się z nią komponował!

Maratończyk na wyginięciu

Niestety, mój optymizm przygasł bardzo szybko, choć z pozoru wszystko wydawało się ok. Szedłem na autobus, którym zamierzałem dotrzeć do centrum. Lubię jeździć komunikacją miejską, ponieważ mogę wówczas zebrać myśli i poukładać w głowie wiele spraw z otaczającego mnie świata. W autobusie miejskim panuje ku temu bardzo sprzyjająca atmosfera. Nie mylcie, proszę tego określenia z „zapachem” wiosny, który akurat w przestrzeni autobusu wcale przyjemny nie jest. Chodzi mi o pewną anonimowość i obserwację ludzi, którzy swoją postawą kształtują bieg naszych myśli. Właśnie dzisiaj te myśli powędrowały w stronę poziomu sportowego polskich maratończyków, tych inwestujących w bieganie dużo energii. Wsiadłem do autobusu i z ciekawości sprawdziłem, ilu mieszkańców mają miasta gospodarze wiosennych biegów na 42 km.

Dębno – 13 137
Łódź – 687 702
Warszawa – 1 764 615
Gdańsk – 464 829

Razem: 2 930 283 mieszkańców.

Poza małym Dębnem reszta miast to przedstawiciele „pierwszej ligi” pod względem wielkości. Miasta, duże, zasobne i stawiające na popularyzację sportu. Można pomyśleć, że z masy blisko 3 milionów mieszkańców, maratończyków powinno być całkiem sporo. Oczywiście należy odliczyć: dzieci, kobiety w ciąży, chorych, osoby w podeszłym wieku itd. i dopiero od tego wyniku prognozować ilu finisherów możemy się spodziewać. Z drugiej strony — te imprezy przyciągają ludzi z całej Polski, nie tylko „lokalsów”. Jak więc było? Poniżej liczba osób, które ukończyły maraton w poszczególnych lokalizacjach:

Dębno – 2294
Łódź – 1446
Warszawa – 4692
Gdańsk – 1971

Razem: 10 403 maratończyków na mecie zawodów.

Ile to procent z populacji przytoczonej wcześniej? Dokładnie 0,35%! Tak, nie pomyliłem się – 1 osoba na 300 w dużym mieście ukończyła tej wiosny maraton. A co z tymi, którzy startowali w dwóch biegach? Co z tymi wszystkimi osobami, które pojechały do Warszawy np. z Wrocławia? 🙂

Nie zamierzam szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Chciałem po prostu zwrócić na ten fakt uwagę. Kwestię tego, że maraton „wyszedł z mody”, że ciężar przeniósł się na połówki, że to, i że tamto — rozumiem. Mimo wszystko, jestem jednak zaskoczony.

Quo vadis maratończyku?

Nie odsetek populacji, który biega, czy też nie biega, miał być tematem rozważań. Wróćmy więc do autobusu, którym mknąłem z zawrotną prędkością arteriami Wrocławia. Piszę o nim nieprzypadkowo, ponieważ gdy ja rozmyślałem o maratończykach, kierunek mojej podróży gwałtownie się zmienił! Kierowca w jednej chwili szarpnął kierownicą na jednej z krzyżówek, gdzie robić tego nie powinien, a następnie skierował się w stronę przeciwną do pierwotnego kierunku jazdy! Zdębiałem, po czym ściągnąłem z uszu słuchawki, albo na odwrót — w szoku nie pamiętam dokładnie…

Od jakiego poziomu wynikowego w maratonie możemy mówić o „zawodowstwie”? Pewnie i Kongres Wiedeński byłby za krótki, żeby odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Uprośćmy sobie sprawę i przyjmijmy, że biegający poniżej 2:20 to wyczynowcy, a Ci biegający wolniej, powiedzmy do wyniku 2:25 to „aspiranci” do zawodowstwa.

Proszę Was jednocześnie o zachowanie luźnego stosunku do tego podziału, wiem, że nie da się stwierdzić takich rzeczy jednoznacznie.

Jak się zatem prezentował poziom mężczyzn na 4 dotychczasowych największych maratonach w kraju tej wiosny? Piszę o białasach z krwi i kości, spod herbu Orła i cebuli, potomków Polan, Lechitów, Jagiellonów, Piastów, żubrów, bobrów, Adama i Ewy.

Polacy z wynikiem poniżej 2:25:

Dębno – 0
Łódź – 2
Warszawa – 6
Gdańsk – 3

Razem 11 chłopa. Nie wiem, czy to jakiś znak, ale w tych sportach, gdzie Polacy mają w składzie 11 chłopa, nie idzie nam jakoś szczególnie, może klątwa jakaś? 11 osób to mało, tak mi się wydaje.

Ktoś może zarzucić mi, że jestem surowy, że 2:25 to wynik elitarny, niebotyczny, nieosiągalny poziom i każdy ze wspomnianej jedenastki powinien dostać własny dystrykt, w którym dzierżyłby biegową władzę. Wcielmy zatem do grona tych mocarzy wszystkie osoby, które pobiegły maraton szybciej niż 2:34:51 – taki wynik osiągnęła w tym roku w Dębnie Aleksandra Brzezińska, zdobywając tytuł Mistrzyni Polski.

Polacy z wynikiem poniżej 2:34:51:

Dębno – 0 (Tak – najlepszym Polakiem była Pani Aleksandra! Gratuluję!)
Łódź – 3
Warszawa – 15
Gdańsk – 3

Razem 21 Kamikaze. Całkiem nieźle, prawie pół autobusu szybkich i żądnych życiówek biegaczy!

…szok – po uświadomieniu sobie jakim poziomem sportowym zakończyły się wiosenne maratony wśród Polaków – zaczął przemijać, a ja dopiero wtedy zorientowałem się, że autobus podjechał do zajezdni na drugim końcu Wrocławia. Zamiast dotrzeć do centrum, dotarłem na manowce…

Que vadis wąsaty kierowco?
Que vadis polski maratonie?

15 komentarzy

  1. Zacznijmy od tego, że u nas niema profesjonalnych maratończyków. Polska czołówka to żołnierze. Zero wsparcia od państwa jeżeli chodzi o przygotowania stricte maratońskie. Na wynik w maratonie pracuje się, jak sam wiesz latami. Rezultat na poziomie 2:20 gwarantuje Ci jedyne Twoją satysfakcję. Co innego gdyby w Polsce ruszyła akcja podobna do tej w Japonii. Bańka za rekord kraju ! 😉 Dziesiątki biegowych talentów regularnie łamałoby wyżej wymieniony wynik.

    1. Bańka za rekord z pewnością pchnęła by wielu potencjalnie dobrych biegaczy z krótszych dystansów w stronę maratonu. Natomiast nie wiem, czy przełożyła by się na „wciągnięcie w profesjonalny maraton” diamentów motorycznych wśród młodzieży. W Japonii taka akcja miała sens powodzenia, bo tam masowość maratonu jest ogromna, na każdym poziomie.
      Ale jakoś pomysł mamy 🙂
      P.S finansowanie przez wojsko, to też finansowanie przez państwo. Osobną sprawa, że to układ lekko patologiczny.

  2. Skoro wywołujesz dyskusję, to kilka moich luźnych punktów:
    Od dzieciaka: Niezbyt widzę dostępność trenerów i klubów. A tutaj wracamy do tematu-rzeki: PZLA… Załóżmy, że masz utalentowanego biegowo Janka w wieku lat -nastu. Co tak naprawdę go czeka? Jeśli nie trafi do raptem kilku dobrych klubów/trenerów w skali całego kraju no to niezbyt wiele. Z dużą dozą prawdopodobieństwa zostanie szybko puszczony w wir rywalizacji „na ulicę” – zamiast spokojnie trenować sprint-md i biegać maksymalnie 3000m. Poleci taki od razu na ulicę, potem skończy szkołę i będzie się bujał w okolicach 32-34min/10km wygrywajac szereg zawodów dookoła remizy i będąc lokalnym trenerem. Maratonu 2:20 z tego nie nabiega.
    Paradoksalnie gdy Janek dorośnie, to ma jeszcze gorzej: no bo gdzie może trenować i kto może go sensownie prowadzić? Ewentualnie klub/sekcja LA, no ale do 2:20 w maratonie to potrzebne albo naukowe zajęcie pracującego już Janka (tak, żeby ogarniał własny trening, fizjologię etc) albo sensowny trener (który pogodzi mocny trening z pracą). Do tego potrzebna ogromna doza samodyscypliny + planowanie wszystkiego. Trudne w dzisiejszych czasach. Cholernie. Zresztą wystarczy spojrzeć na naszych zawodowców (kadra), którzy (wnioskuję po tym, co sami piszą na FB) niejednokrotnie sami siebie trenują lub trenują niejako „chałupniczo”, tj. trener coś rozpisuje, ale zawodnik i tak biega trochę na samopoczucie (niektórzy dokręcają śrubę, a inny trochę luzuje). Idź krok dalej: ilu Polaków nabiegało gdziekolwiek tej wiosny sub 2:15 (tak rzuciłem, bo to rekord świata kobiet białej przecież Brytyjki Pauli Radcliffe)? Ilu zawodników nabiegało w ciągu ostatniego roku sub 2:15? A co to jest 2:15 w skali świata męskiego maratonu? To się nie klei – jeśli nie ma zawodowców biegających 2:15 „z palcem w nosie”, to nie ma zawodników biegających trochę wolniej -> dotyczy każdej dyscypliny. Ilu pobiegło w ostatnich latach HM sub63? Skoro teraz nagle wyskoczył „z czapki” Krystian Zalewski (który z całym szacunkiem do jego osiągnięć, ale w seniorach na bieżni chyba żadnego medalu MŚ ani nawet ME nie ma? Chyba że się mylę lub w juniorach coś) i w pierwszych 2 swoich startach nabiegał 2xHM sub63 trenując u siebie w domu (bez żadnych wyjazdów/obozów zagranicznych), to jak to świadczy o polskich długasach, którzy przez lata trenują biegi długie, a część z nich jeżdżąc po obozach nie ma nawet życiówki sub63? Jak śledzę większość z nich na FB, to niestety wygląda to: start docelowy średnio-(lub w ogóle) nieudany, to czym ściganie się co tydzień-dwa z amatorami o czapkę śliwek. Potem roztrenowanie, kolejne obozy i to samo. Raz w roku punkt obowiązkowy: prestiżowe niczym Diamentowa Liga Mistrzostwa Świata Wojskowych – na które co roku (czy co dwa – nie pamiętam) stawia się cała kadra de facto marnując bez większego sensu 50% startów docelowych w sezonie. Tylko po to, żeby zawodnik był sponsorowany przez kraj, ale nie kurkiem „PZLA”, tylko kurkiem „WOJSKO”. Przy czym wodopój nadal ten sam: budżet Państwa.

    Musi być albo parcie oddolne albo zawodnik/grupa, która będzie idolem i pociągnie do sportu masy. Z tej masy dopiero może coś powstać – jak w skokach Małysz, przy którym nie było nic, ale wszystko zaczynało się tworzyć. Zaraz po nim wyszedł Stoch i ława świetnych zawodników. W tej chwili w polskim maratonie nie widać nikogo, kto byłby w stanie być takim „małyszem maratonu”.

    Rozpisałem się, trochę bez ładu i składu i do tego raczej dość w ciemnych barwach – ale co tam, niech stracę 🙂

    1. Trudno dyskutować w którymkolwiek punkcie, bo niemal w 100% się zgodzę że wszystkim co napisałeś.
      Jedyną rzecz jaka w kontekście Twojego zdania mnie zastanawia (zastanawia mnie ogólnie, ale ja wywołałeś tereaz), to czy rzeczywiście zawodnik od juniora musi przejść standardową drogą od md-sprintu do np. przeszkód, czy 10 000 m, żeby zostać dobrym maratończykiem.
      Wiem jednocześnie, że historia utwierdza w takim przekonaniu, ale z drugiej strony mamy obecnie do czynienia z falą młodych 18-19-20-latków z Afryki, którzy pojawiają się z kapelusza i lecą maraton z chaotycznego treningu w 2:08-2:10. Nie wiem, jak rozwiną się ich kariery, być może znikną po 2 sezonach, ale pozostaje z tyłu głowy pytanie, czy akurat ten element klasycznej drogi rozwoju jest tak ważny, jak nam się wydaje?
      Co do reszty pełna zgoda.
      Dzięki za komentarz

      1. A to pewnie kwestia ekonomii i maksymalizacji „zysku”. Rozpoczęcie treningu i startów od krótszych dystansów pozwala z jednej strony ćwiczyć to, co i tak trzeba wytrenować (a później z tym baaardzo ciężko), a przy tym biegać z sukcesem zawody dla siebie/klubu/stypendiów. Przy czym z punktu widzenia klubu wygląda to tak, że nie ma młodzieżowych mistrzostw Polski w maratonie (i jak oni się „rozliczą” z zawodnika?). Z kolei zdaje się, że zbyt wczesne rozpoczęcie biegania maratonu skraca karierę (o co nie dba 18-latek z Kenii z nożem na gardle – jemu 2 lata na topie wystarczą), a polski zawodowiec pewnie chciałby dłużej żyć ze swojego zawodu, a też trochę wstrzymuje rozwój – więc poco, skoro „sukcesy” są i bez tego. Jestem przekonany, że np. Julien Wanders mógłby pobiec bardzo szybkie 42 km, ale jakoś rachunek zysków i strat sprawia, że się tak bardzo nie spieszy.

      2. Andrzej,
        Pewnie żeby zostać dobrym maratończykiem to nie musi. Ale my chcemy bardzo dobrych i wybitnych 🙂 A już na poważnie: według mnie łatwiej w początkowej fazie wytrenować szybkość i potem się wydłużyć – skoro cały świat tak robi, to pewnie coś w tym jest. Ja na logikę widzę to tak: jeśli masz gościa, który biega 5km sub15 (a najlepiej sub14), to on już wchodząc na obciążenia treningu HM/M zaczyna na zupełnie innych prędkościach. W związku z tym od razu może biegać treningi mocniejsze (a i trwa ten wysiłek krócej). Patrz właśnie Krystian Zalewski – z jego temp treningowych pod 3000m bieganie 5km sub14 wcale nie brzmi dramatycznie. Idąc dalej: 63 minuty HM to dla jego głowy wcale nie jest zabójcze tempo, zupełnie inaczej podchodzi psychicznie do treningów – bo ma obiegane na treningach dużo szybsze tempa (oczywiście na krótszych odcinkach). Jeśli mnie pamięć nie myli, to taki Adam Kszczot (oczywiście że to top-topów i należy to brać pod uwagę) poleciał chyba 2-3 lata temu 10km w jakimś biegu w Warszawie 32 minuty ot z czapki zupełnie nie trenując pod 10km.

        Co do tych zawodników z Afryki – no właśnie, jest ich cała masa na poziomie 2:08-2:10 i nie wiadomo co dalej. Jakim kosztem, jakie perspektywy? Czy mają szanse na 2:03? Bo jednak Ci biegający topowe wyniki, to praktycznie wszyscy jak jeden mąż przeszłość z bieżni mają i nawet jeśli worka medali z imprez nie przywozili to bardzo mocne wyniki na 5000 czy 10000 w CV mają.

        1. Zgadzam się z prawie każdym Waszym zdaniem, a zwłaszcza z tym, że „praca” w wojsku, to wybitna patologia. Jednak mam dwie uwagi 😀
          Marek – Mylisz się pisząc, że Krystian Zalewski trenuje u siebie w domu. Nie wiem jak wcześniej, ale na pewno pomiędzy Gdynią, a Poznaniem przebywał na obozie w Kenii 😉
          Andrzej – z tym 18-19-20 u biegaczy z Afryki, to wziąłbym mocno poprawkę 😉 Może właśnie dlatego znikają po dwóch sezonach, że w rzeczywistości mają 28-29-30? Skoro piłkarzom walą w datach urodzenia, nawet po kilkanaście lat, to nie wierzę, że biegaczom tego nie robią. Inna sprawa, że tam chyba nikt nie wie, kiedy naprawdę się urodził 😉

          1. Rafał, słusznie – mea culpa, faktycznie Krystian Zalewski jeździ na obozy do Kenii. Nie zmienia to natomiast faktu, że „z czapki” w praktycznie pierwszym poważniejszym starcie 10km-HM na ulicy pobiegł 8 wynik w historii polskiej LA i to nie biegnąc w grupie pejsów!

          2. No tak, może tak być, że mają w rzeczywistości więcej lat. Natomiast w piłce nożnej falszowanie/zatajanie dat urodzenia ma sens ekonomiczny (zmienia wartość transferową piłkarza), a w bieganiu to kwestia stwierdzenia faktu i tyle.

    2. Marek,
      jeszcze 1 uwaga: Krystian Zalewski ma 1 seniorski medal ME (Zurych ’14, srebro na przeszkodach), ponadto medal ME U23 i Uniwersjady. W ostatnich latach jest to najbardziej utytułowany Polski biegacz dystansów powyżej 1500 m. Tym samym i skala jego talentu wydaje się być większa niż obecnych czołowych polskich maratończyków (może za wyjątkiem Chabowskiego, którego jednakże kariera póki co nie potoczyła się w pełni pomyślnie). Stąd z jego 8.15 na belkach 1.02.xx w półmaratonie jest wynikiem adekwatnym i wręcz (zaryzykuję stwierdzenie) niewyśrubowanym.

      1. Robert,
        Ok, czyli mamy 1 medal ME sprzed 5 lat. Do tego medale U23 i Uniwersjady – nie wiem, z kim tam się ścigał, ale wpada jednak docenić osiągnięcie. Ale nie do końca zgodzę się w porównywanie PB 8.15 z przeszkód (osiągnięte ze specyficznego treningu i jednak wielu startów na tym i okolicznych dystansach) do 1.02.xx w pierwszym starcie HM i samotnym biegu, do tego powtórzony miesiąc później. Ciekawe, co nabiega gdy zdecyduje się przejść na 100% na ulicę i pobiega z rok kilka 10km. Ale to tylko, w mojej ocenie, pokazuje (niestety) poziom polskich biegów długich.

  3. Poruszony temat jest nader ciekawy i przenosząc się z autobusu na zwykłe życie żądnego przygód amatora, ciężko nie potknąć się o przykłady potwierdzające tą tezę.
    1. Skauting -> Jako amator przygodę z biegami zacząłem w liceum. Zaczęły się wtedy sztafety przełajowe i zawody miejskie. Ścigałem się z chłopakami z miejskiego klubu, którzy byli wielce zdziwieni, że ktoś poza nimi wytrzymuje ich tempo.
    Nigdy nie zapomnę dialogu:
    – „Jesteś w jakimś klubie?”
    – „Nie.”
    – „Palisz?”
    – „Nie.”
    – „Achaaaaa”.
    Mimo to nikt nigdy, w żaden aktywny sposób, nie zachęcił mnie do poważnego trenowania. Podobnie zresztą było na studiach, gdzie po dobrym wyniku na teście coopera, na którym w sumie byłem przypadkiem, dostałem numer do trenera sekcji lekkoatletycznej. Jak się do niego zgłosiłem, nie wyraził zainteresowania współpracą.
    Wiadomo, byli szybsi i lepsi ode mnie, ale że tak ani me ani be ani kukuryku ?
    2. Trenerzy -> Do biegania wróciłem „po latach” i jako, że dość łatwo wrócić do czegoś, co robiło się kiedyś, wyniki przyszły trochę same (nieadekwatne do treningu). Ale organizm już nie ten, co jak się miało 20 lat i po roku wylądowałem w gabinecie fizjoterapeuty. I tam wyszły różne kwiatki związane z moją postawą i anty-techniką biegania, która jest w stanie błyskawicznie przeciążyć moje łydki. Powstało pytanie, czy jest gdzieś jakiś trener, który by pomógł mi to skorygować. Nie znalazłem odpowiedzi, poza taką, że jak znajdę kogoś godnego polecenia, to mój fizjoterapeuta chętnie tam wyśle parę osób, bo ma paru podobnych „klientów” jak ja.
    3. Zawodnicy -> Ostatnio z kolei dowiedziałem się, gdzie można spotkać byłych zawodników. Szukając nowych butów i zagadując sprzedawcę, dowiedziałem się, że był w młodzieżowej kadrze i potem musiał to porzucić (nie wnikałem w szczegóły) i teraz jest lokalnym trenerem i sam próbuje wrócić do biegania na wysokim poziomie. Czyli zawodnik staje się sprzedawcą w sklepie sportowym i trenerem, a walka o wynik dzieje się w wolnym czasie na własną rękę. Czy my skądś to znamy? 😉

    Reasumując, wygląda na to (przynajmniej z mojego doświadczenia), że nie mamy ani skautingu, ani trenerów, a zawodnicy przedwcześnie kończą swoje potencjalne kariery, więc… ciężko o wyniki 🙂

    1. Dzięki za komentarz,
      Skautingu nie mamy na 100%. Nie ma nawet o czym pisać.
      Z trenerami, trudno powiedzieć. Ja osobiście współpracuje tylko z amatorami w wieku 30-50 lat. Nigdy nie interesowałem się treningiem młodzieży, chociaż wykształcenie mam pedagogiczne. Co jednak ciekawe, żaden ze znajomych z mojego rocznika na AWF nie poszedł w kierunku trenerki LA.

      To o czym wspomniałeś w kontekście studiów i zainteresowania trenerów względem współpracy, z kim innym.niz najlepsi zawodnicy, to również częsta sytuacja.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *