Na spotkaniu z diabłem – relacja z biegu „70 z hakiem” cz. 1.

Na spotkaniu z diabłem – relacja z biegu „70 z hakiem” cz. 1.

Uwaga!
Poniższy tekst stanowi relację z wydarzeń mających miejsce 02.06.2018 roku podczas biegu „70 z hakiem” będącego częścią Karkonoskiego Festiwalu Biegowego. Tekst zawiera określenia niecenzuralne oraz opisy sytuacji, mogące stanowić zagrożenie dla dobrego smaku czytelnika. Kontynuując czytanie, robisz to na własną odpowiedzialność. 

Prolog – Przeznaczenie

Chcąc opisać, to co przeżyłem podczas moich ostatnich zawodów, muszę cofnąć się do listopada roku 1998, gdy będąc 6-latkiem, brałem udział w szkolnej zabawie z okazji Andrzejek. Jako, że Andrzejki były dniem, w którym obchodziłem imieniny, stałem się mimowolnie gwiazdą szkolnej imprezy. Punktem kulminacyjnym hucznej zabawy, która kończyła się o godzinie 18:00, było lanie gorącego wosku do wielkiej michy pełnej zimnej wody. Zapewne większość z nas kojarzy ten zwyczaj, który rzekomo zdradzi nam przyszłość, ukazując sceny z życia skrywające się za cieniem padającym z podświetlonego wosku.

„Andrzej leje wosk, jako pierwszy!” – stwierdziła nauczycielka, która chciała za wszelką cenę wyróżnić mnie tego dnia. Podszedłem do garnka z rozgrzanym woskiem, wziąłem niepewnie w rękę olbrzymi klucz i stojąc nad miską, przelałem gorący wosk przez oczko od klucza. Woda syknęła, a w jej objęciach pojawił się powykręcana, zastygła figura odlana z wosku.
„Co to u licha ma być?” – pomyślałem i pytająco spojrzałem na woźnego, który chwycił dziwną figurę i umieścił ją pod lampą w przyciemnionej części sali. Na ścianie pojawił się olbrzymi kształt, który z pozoru niczego nie przypominał,. Woźny powolnym ruchem okręcał zastygłą woskowinę, podczas gdy w powietrzu dało się wyczuć narastające napięcie wyczekiwania. JEST! – krzyknął ktoś ze starszaków w drugim rzędzie – JEST, TO JEST BIEGACZ!
„Jaki biegacz, kurka wodna?” – pomyślałem i spojrzałem pytająco na nauczycielkę. Ta wstała i ogłosiła przy wszystkich obecnych: „Andrzej zostanie biegaczem! Spójrzcie – tu widać głowę, w tym miejscu są ręce, a na dole widać jak szybko przebiera nogami.” Sala westchnęła entuzjastycznie, a ja wróciłem na swoje miejsce z wielkim uśmiechem na twarzy.
Gdybym wiedział wówczas, jak bardzo będę miał przejebane za niespełna 20 lat, podczas biegu „70 z hakiem”, wylałbym ten pieprzony gorący wosk na woźnego, co to kręcił nim tak zajadle, a kluczem wybił zęby temu idiocie, który wypatrzył w cieniu – biegacza.
Być biegaczem – pieprzone przeznaczenie.

 

Przed startem – ultra egzotyka

Okres przed startem muszę podzielić na 2 etapy. Pierwszy, który kończył się mniej więcej 48 godzin przed startem – gdy wydawało mi się, że jestem świadomy tego co zamierzam zrobić (mało stresowy czas) oraz drugi – ostatnie 48 godzin przed biegiem, gdy odbyłem kilka rozmów z osobami zaprawionymi w bojach i zderzyłem się z ultra egzotyką. Naprawdę, byłem pewny tego co robię, jak ludzie tysiąc lat temu byli pewni tego, że ziemia jest płaska i w ciągu 48 godzin zostałem brutalnie obdarty ze złudzeń. Poziom niepokoju rósł wraz z przyswajaniem kolejnych informacji:

  • Pierwsze zdziwienie, jakie przeżyłem, dotyczyło żywienia podczas biegu. Znajomy opowiedział mi, że ultrasi często jedzą „coś większego” na końcówce biegu. Padły hasła: kabanosy, bułka z serem itp. Dla biegacza z asfaltu takie menu w trakcie zawodów brzmi jak dobry żart. Oczywiście zbagatelizowałem wątek.
  • Kolejna sprawa – strategia związana z jedzeniem między punktami odżywczymi – strategia? Jaka strategia? – Jem i piję wtedy, kiedy mam ochotę, to był mój plan na bieg. Jestem przyzwyczajony, że na maratonie mam punkt odżywczy i wodopój co 5 km, czyli co ok. 17,5 minuty. Tymczasem na dystansie 71 km biegu miałem 4 takie miejsca, oddalone od siebie o średnio 16 km, a przy tempie biegu w górach oznacza to przerwy między postojami rzędu 2 godzin.
  • Obowiązkowa odprawa techniczna o 21:00 w przeddzień startu (start był o 4:00 nad ranem)?! Ludzie, o tej porze to trzeba spać!
  • Lista obowiązkowego wyposażenia (mapa trasy, folia NRC, telefon, dowód osobisty, latarka czołowa, kurtka przeciwdeszczowa, pół litra płynów, pojemnik na płyn wielokrotnego użytku oraz coś w czym trzeba to wszystko taszczyć) – razem dobre 2,5-3 kg na plecach!
  • A już całkiem zwątpiłem w normalność mojego przedsięwzięcia, gdy usłyszałem zalecenia GOPR-u „gdy idzie burza i poczujemy metaliczny smak w ustach, należy plackiem położyć się na ziemi”.

Efektem terapii szokowej, której byłem poddawany przed startem, była nocka w ciągu której przespałem łącznie ok. 3 godzin wiercąc się we wszystkie strony. Ostatecznie, nie był to zły wynik, ponieważ o 3:30 nad ranem musiałem zameldować się w okolicy startu. W tym miejscu pojawia się pierwszy plus biegów ultra – nie musisz się rozgrzewać! Po prostu zrobiłem kilka wymachów, kilka krążeń i byłem gotowy do tempa startowego. 🙂

Szaleństwo w oczach. Nie opuszczało mnie do końca wyścigu 😉

Równo o 4:00 nad ranem ruszyliśmy na trasę. Łącznie ok. 250 wariatów i wariatek. Chcąc, nie chcąc – bieg tempem ok. 4:40 spowodował, że po 1 km znalazłem się na 2. pozycji tuż obok lidera. Biegłem najwolniej jak tylko mogłem, wiedząc że kolejne 70 kilometrów będzie tylko gorsze, a mimo to za moimi plecami zaczęła pojawiać się luka.

Do 10 km.
Na 6 kilometrze rozpoczynał się pierwszy podbieg w stronę Petrovej Boudy. Równe 4 kilometry ciągłego wspinania się do góry. Przed biegiem rozważałem scenariusz, w którym podchodziłem pod ten fragment trasy, ale poziom adrenaliny i olbrzymi komfort jaki miałem sprawił, że całe 4 kilometry podbiegłem drobnymi kroczkami. Dotarłem tym samym do pierwszego punktu odżywczego jako lider biegu z dużą optyczną przewagą nad drugim zawodnikiem. W zasadzie nawet nie wiem, gdzie zgubiłem towarzysza z pierwszego kilometra.
Poprosiłem o napełnienie jednego softflaska wodą i bez najmniejszej zadyszki ruszyłem dalej. Nie wiem czemu, ale miałem przekonanie, że za moimi plecami trwa szaleńcza pogoń, tak jakbym był na ostatnim kilometrze trasy, totalny absurd, gdy myślę o tym teraz :). Kilometry leciały, a ja przyjąłem rolę posłańca, który budził fotografów i wolontariuszy czekających wzdłuż trasy na kolejnych czubków biegających po górach.

Wschód słońca w górach

Do 27 km.
Od 16 kilometra rozpoczynał się pierwszy znaczący zbieg. Pokonałem go w przyzwoitym tempie, choć jak na lidera biegu – zapewne wstydliwym. Założyłem jednak, że na tym etapie najważniejsze jest, żeby nie zrobić sobie krzywdy. Kamienie – drewniane mostki – leśne dukty – kamienie – potoki – szutrowe podejścia. Trasa prowadziła mnie naprawdę urokliwymi zakamarkami Karkonoszy. Pierwszy istotny moment wyścigu miał miejsce tak naprawdę na odcinku między 22 a 27 kilometrem trasy. Po wcześniejszym lawirowaniu góra – dół, rozpoczął się bardzo stromy zbieg do Karpacza. W moim odczuciu – najgorszy rodzaj zbiegu, czyli szutrowa droga w doskonałym stanie, na której nie ma żadnego argumentu do hamowania. Nie przeszkadzają żadne kamienie, korzenie – nic tylko puścić nogi, aż Ci je z tyłka powyrywa. Biegłem wygięty w tył jak łuk, przyhamowując co kilka kroków – technika zbiegu pozwalała mi na tempo, jakim zapewne elitarni zawodnicy ultra-trial mogliby zbiegać tyłem, pozdrawiając przy tym kibiców.
W końcu trasa nieco się wypłaszczyła po wbiegnięciu do miasta, a ja wykorzystałem moment na zjedzenie drugiego żela. Moja strategia żywieniowa polegała na jedzeniu żela co godzinę i bardzo częstym uzupełnianiu płynów, co ostatecznie się na mnie zemściło, ale o tym później. Nogi po tym karkołomnym zbiegu dały sygnał, że zaspokoiłem ich dzienne zapotrzebowanie na aktywność fizyczną z nawiązką, a jeszcze nie wiedziały co je czeka.
Wpadłem na punkt odżywczy w Karpaczu, kiwnąłem do Asi i Honoraty (małżonki mojego kolegi treningowego Radka Langnera, który również brał udział w tym wariactwie) i krzyknąłem do Asi, żeby zadzwoniła do mnie, gdy z punktu będzie wybiegać drugi zawodnik. Sprawdziłem czas na zegarku i na podstawie usłyszanego sygnału telefonu mogłem ocenić ile mam przewagi nad drugim biegaczem – ot, taki spontaniczny przebłysk inteligencji przy tym całym zmęczeniu :).

Do 35 km. – Festiwal błędów czas zacząć.
Między 27 a 32 kilometrem trasa prowadziła przez Kocioł Łomniczki do Domu Śląskiego, usytuowanego tuż obok Śnieżki. Asia zadzwoniła do mnie 11 minut po moim wybiegnięciu z punktu odżywczego. Pomyślałem, że mam całkiem sporo przewagi, w zasadzie byłem zdziwiony, ponieważ aż do tego miejsca czułem bardzo duży komfort oddechowy, a nogi… cóż, nogi dawały jeszcze radę.
Podbieg, a w zasadzie podejście pod Kocioł Łomniczki było pierwszym masakrującym etapem wyścigu. Trochę podbiegałem, trochę podchodziłem. Oddech mocno się pogłębił, nogi zrobiły się ciężkie, a mi od wysiłku zaczął doskwierać dyskomfort w klatce piersiowej, żołądku oraz w plecach. Nic nadzwyczajnego – mocniejsze spięcie barków i uczucie, jak gdyby ktoś siadał mi na klatę – ktoś o nie najmniejszej masie ciała, dodajmy.
Będąc jakiś kilometr przed szczytem, wycedziłem pierwsze: „Ja pierdole – na co mi to było?”. Przede mną był cały maraton, a mi się odechciało biec. Tempo miałem dobre, ale ochota na bieg szybko zaczęła ulatywać. Spojrzałem ze szczytu w dół kotła – nikogo nie widać. Pomyślałem, że może by się tak przejść, aż tu nagle zza głazu wyleciała jakaś babka z aparatem, nie pozostawiając mi wyboru – wytarłem ślinę z twarzy i eleganckim krokiem ruszyłem w stronę Czech, czując coraz większy dyskomfort w żołądku.

W tym miejscy zaczęła się moja gehenna. Mistrzem zbiegów nie jestem i z pewnością nigdy nie będę. Natomiast „techniczność” fragmentu prowadzącego ze Śnieżki do naszych południowych sąsiadów, to jakaś makabra. Szlak jest niby wyłożony kamieniami, ale robił to chyba jakiś czeski artysta, dobrze odurzony dopalaczami. Kamienie nie są ustawione płasko, lecz na sztorc, jeden obok drugiego. Mój zbieg przypominał taniec w butach na koturnach po plaży w Sopocie o 4:00 nad ranem, a nie kroki dumnego lidera biegu. Do tego każdy dłuższy krok powodował ucisk w jelitach. Finałem tego fragmentu wyścigu był piękny „orzeł”, którego wyciąłem. Technikę lotu miałem z pewnością dobrą, ponieważ Polar pokazał w tamtym momencie najwyższą prędkość chwilową na całym dystansie. Obdarłem sobie nieznacznie dłonie i kolana. Otrzepałem się i nieco otrzeźwiony pobiegłem dalej.

Do 44 km.
Kolejnym fragmentem wyścigu było podejście pod Vyrkovke – taka górka w środku biegu, co to ma lekko ponad 1300 m n.p.m. Na jej szczycie można znaleźć krzaki i szczątki poległych biegaczy – nic specjalnego. Droga do góry w większości jest wyasfaltowana. Sądzę, że jej stromiznę dobrze oddają słowa mojego znajomego, który powtórzył je za Bartkiem Przedwojewskim: „Taka góra, że przeciwników będących za Tobą, oglądasz pomiędzy nogami”.
W tej pięknej scenerii zacząłem zmagać się z coraz silniejszymi problemami – żołądek dał mi szlaban na przyjmowanie jakichkolwiek pokarmów i płynów. Byłem opity jak bąk, a czułem w ustach pragnienie – straszne uczucie. Wiedziałem już, że spieprzyłem sprawę z odżywianiem – piłem tylko wodę i przez to niedostatecznie się nawadniałem. Za puszkę Coca-Coli mogłem w tamtym momencie zabić! Przez nasilające się problemy żołądkowe i ataki mdłości, przestałem jeść żele, które miałem wciągać co godzinę, błędne koło.

Mając już wszystkiego dość, dotarłem na szczyt Vyrkovky. Byłem zmęczony i obolały, jednak najgorszym fragmentem okazał się zbieg do Szpindlerowego Młyna. Nie wiem, czy to była kolka, czy po prostu ból wynikający z zaburzonej gospodarki elektrolitowej, ale każdy kolejny krok to kłucie i świdrowanie nerek, brzucha i klatki piersiowej. Na 4 km zbiegu musiałem z 10 razy zatrzymać się na krótkie 10 sekundowe pauzy w skłonie, a patrząc na samo tempo zbiegu przypominało ono bardziej marsz, niż bieg.

Dotarłem do punktu odżywczego na 42 km. Tak się złożyło, że obsługiwał go m. in. nauczyciel i trener ze szkoły w Szklarskiej oraz mój kolega z naszej szklarskoporębskiej dzielnicowej paczki. Miło zaskoczyłem się obecnością takiej ekipy, wymieniłem serdeczności i zostawiłem kilka łacińskich określeń mojego stanu ciała i ducha. Wypiłem pół litra Pepsi i poprosiłem już nie o wodę, lecz o izotonik.

Zacisnąłem zęby, ruszyłem dalej i kto by pomyślał, że ultra zabawa miała się dopiero tak naprawdę zacząć…

4 Replies to “Na spotkaniu z diabłem – relacja z biegu „70 z hakiem” cz. 1.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *