Maraton Malaga Przygotowania – tydzień 13 (11-17.11)

Ostatnie 7 dni w liczbach:

Treningi biegowe: 8
Akcenty: 4

Łączny kilometraż: 160
Trening siłowy: 1

Mam słabą pamięć do nazwisk, chociaż gdy trzeba kogoś poznać „z twarzy” jest jeszcze gorzej i złoszczę się na Asię, że nie potrafi przypomnieć sobie nazwiska, tylko mówi mi „ten wysoki, z grzywką na bok”. Piszę o tym, bo nie pamiętam nazwiska boksera, z którym wywiad czytałem pewien czas temu, a z którego zapadła mi w głowie wymiana zdań z dziennikarzem. Brzmiała ona mniej więcej tak:

(Dziennikarz): Ile brzuszków robisz na jednym treningu? 
(Pięściarz): Od 400 do 800.
(D): To bardzo dużo! Znam tylko jednego zawodnika, który robi tyle samo.
(P): Tak, ale ja zaczynam liczyć brzuszki, dopiero gdy mięśnie brzucha bolą tak bardzo, że żadnego z kolejnych powtórzeń nie zapomnisz do końca dnia.

Ja kilometrów nie liczę. Tzn. liczę, ale przeważnie jako informację wtórną do tego, co zostało wykonane, czyli planując przygotowania, wiem mniej więcej, kiedy będzie więcej, a kiedy mniej. Jednak miniony tydzień bez dwóch zdań należał do jednego z najtrudniejszych, jakie zaliczę w całych przygotowaniach. W zasadzie to był najtrudniejszy tydzień. Od środy liczyłem każdy kolejny kilometr. Trening na odcinku 3-5 tygodni do maratonu to prawdziwa rzeźnia. Nogi są już ciężkie, do momentu luzowania jeszcze trzeba poczekać. Rośnie kumulacja zmęczenia poprzednimi tygodniami, a pogoda nie rozpieszcza (to akurat wynika z kalendarza — ale nie rozpieszcza).

Gdyby dzisiaj jakiś dziennikarz zapytał się mnie: „Ile kilometrów zrobiłeś w tygodniu?” – odpowiedziałbym, że 160 i liczę tylko te, które ‚bolały’.

Poniedziałek — Bieg Niepodległości.

1338 — tyle dni upłynęło od mojego wyniku 31:35 na 10 km. Wyniku, który blisko 4 lata temu teleportował mnie do innej biegowej ligi. Po tamtym wyniku sypnęła się bariera 150 minut w maratonie. Z anonimowego zawodnika, zrobiłem się półanonimowy. Nagle przed każdym kolejnym startem zacząłem zbijać piątki z coraz większą liczbą znajomych. Ktoś powiedział, że jestem faworytem na lokalnym biegu, ktoś inny podszedł zagadać przed startem. Bardzo dobrze wspominam tamten czas prosperity.

Wiele wody w Odrze musiało upłynąć, żebym mógł napisać, że tamten bieg nie był przypadkiem. „Nie był przypadkiem”, ponieważ wynik 31:35 na 10 km jest najwartościowszym wynikiem z moich wszystkich biegów — piszę o każdym z dystansów. Gdyby Św. Piotr zapytał mnie, co niezwykłego w życiu zrobiłem, bez wahania odpowiedziałbym mu, że nabiegałem 31:35 na 10 km. Jestem pewien, że oddałby mi klucze do raju i przydzielił miejsce w loży dla VIP-ów.

11 listopada 2019 roku podbiegłem podczas Wrocławskiego Biegu Niepodległości 31:36 (wynik brutto — początkowo podałem na Facebooku nawet 31:34 – czas netto), ale w oficjalnych wynikach ograbiono mnie minimalnie z dziecięcej radości. 🙂

Jestem baaardzo szczęśliwy i cieszę się, że nie będę do końca życia wspominał jednego strzału na 10 km, który miałem X lat temu. Wynik dał mi poczucie, że maraton na poziomie 2:26 w Maladze jest bardzo realnym celem, a nowa życiówka (wynik poniżej 2:28) jest w zasadzie moim obowiązkiem.

Wtorek

Po takim poniedziałku wtorek zasługuje tylko i wyłącznie na notatkę, iż rano wykonałem 25 km rozbiegania, a w godzinach wieczornych dołożyłem jeszcze 10. Rano tempo standardowo oscylowało wokół 4:05, natomiast wieczorem zaczęło wyłazić zmęczenie + realizacja treningu na bieżni elektrycznej co spowodowało klepanie kilometrów po 4:45.

Środa – akcent 2

W środę wykonałem akcent, ale ze względu na intensywność i wielkość tygodnia nie szalałem z tempem. Skończyło się na 17 km średnio po 3:37. Cały trening łącznie to 21 km z rozgrzewką i schłodzeniem. Był to bieg na granicy drugiego zakresu. Zmęczył mnie również siłowo, ponieważ dosyć mocno wiało tego dnia we Wrocławiu.

Po części biegowej zaliczyłem 90 minut na siłowni, co nie było miłym doznaniem, ale wierzę, że produktywnym.

Czwartek

Czwartego dnia tygodnia wpadło oczywiście 15 km spokojnego biegu. Piszę oczywiście, bo kolejne mocne kilometry byłyby wariactwem. Na Stravie widoczne jest tylko 11 km. Chyba nawet Polar miał już dosyć treningów, ponieważ nie uruchomił się pod blokiem, a ja zorientowałem się dopiero po ok. 4 km, że jakoś tak cicho się zachowuje. 🙂

Piątek – akcent 3

W piątek pierwotnie planowałem wykonanie biegu tempowego i sesji na siłowni. Jednak ze względu na okoliczności rodzinne, sprawy sportowe zeszły na drugi plan. Zastanawiałem się jaki sposób mogę zrekompensować sobie jednostkę, przebywając w Szklarskiej Porębie. Sporo kombinowałem i ostatecznie zrobiłem chyba jeden z najdziwniejszych treningów, jakie znajdziecie na blogu (a trochę ich już opisałem):

Chciałem połączyć wysiłek mięśniowy i mocno wydolnościowy, ale jednocześnie czułem się zmęczony ostrymi tempami biegów w bieżącym tygodniu. Postanowiłem więc wykonać ok. 40-45 minut mocnego biegu pod górę. Wysiłek miał trwać właśnie tyle, ponieważ taki czas biegu ciągłego planowałem wykonać we Wrocławiu.

Pojechałem autem na Zakręt Śmierci. Stamtąd, zbiegłem przez Szklarską Porębę Dolną do Piechowic. Zakończyłem rozgrzewkę i ruszyłem asfaltem i drogą „serpentyną” z powrotem do góry na Zakręt Śmierci. 5 km podbiegu pokonałem w 23 minuty i 14 sekund. Wsiadłem błyskawicznie do auta i zjechałem z powrotem do Piechowic, tak żeby między kolejnymi podbiegami było jak najmniej przerwy. Ta trwała ok. 7 minut (w tym 4 minuty siedząc w aucie). Rozpocząłem drugi podbieg, który tym razem zajął mi 23 minuty i 41 sekund. Na koniec zostało mi do spokojnego dobiegania 5 km powrotu do Piechowic po auto.

Moje wnioski:
1. Wzbudzałem spore zainteresowanie pod lokalnym sklepem, który mijałem 7 razy, w tym 3 razy autem, a 4 razy biegnąc na złamanie karku (2 w górę – 2 w dół).
2. Wyszedł z tego bardzo dobry, mocny i ciekawy trening.
3. Nie łamiąc przepisów ruchu drogowego, da się zrobić przerwę między dwoma 5 km podbiegami na poziomie 5 minut. Trzeba tylko dograć logistykę.

Sobota

Ponownie spokojne bieganie. Chociaż w sumie w tym tygodniu to coś rzadszego niż bieganie mocne. 17 km po 3:55.

Niedziela – akcent 4

W sobotę myślałem sobie, że dobrze, że tydzień ma siedem dni, ponieważ ósmego mógłbym już nie przeżyć.

W planie był bieg długi ok. 35 km z mocniejszą końcówką. Perspektywa na samotne wykonanie takiego treningu była licha, a osiedlowi dżogerzy zapadają powoli w sen zimowy. Zastanawiałem się długo jak ugryźć ten temat i w końcu wymyśliłem. Pojechałem na bieg o nazwie „Bieg 3 Wzgórz”. Impreza o ciekawym pomyśle na zasmakowanie biegów górskich w płaskim jak stół Wrocławiu. Na trasie biegu zalicza się po dwa razy każdy z 3 podbiegów zlokalizowanych w Parku Grabiszyńskim.

Przed rozpoczęciem biegu przebiegłem 20 km, po czym ustawiłem się na starcie wyścigu. W ramach rywalizacji, którą udało się wygrać, dołożyłem 10 km w średnim tempie 3:30. IDEALNIE, można by rzec, mimo że wcale nie czułem się na koniec idealnie. Na koniec końców wpadło 6 km spokojnego biegu i jako spełniony sportowiec mogłem zjeść w nagrodę pizzę, co jest dla mnie małym świętem! 🙂

Podsumowanie

Napiszę tylko jedno – dobrze, że mam ten tydzień za sobą, tak ostro jak teraz, już nie będzie.

Podium Biegu 3 Wzgórz

4 komentarze

  1. Nie ma to jak po 20 km wybiegania, wystartować w zawodach na 10 km (z górkami) i wygrać je z dobrym czasem. Po czym dołożyć jeszcze 6 km 😉

    1. Wiesz Piotrek, łatwo nie było. 🙂
      Psychicznie natomiast znieść taki „trening” jest znacznie łatwiej niż rzeźbić go samemu.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *