Elektryka, pogoda nie tyka.

Elektryka, pogoda nie tyka.

21. grudnia – pierwszy dzień astronomicznej zimy. Dla biegacza oznacza to tyle, że mamy najkrótszy dzień w roku. W dodatku we Wrocławiu była dzisiaj tak paskudna pogoda, że nawet zbliżające się obżarstwo, o którym lubię myśleć, nie było w stanie poprawić mi humoru.  Najwyższy stopień determinacji do wykonania treningu nie miał szans wypchnąć mnie na dwór, dzisiejsza pogoda to prawdziwy dramat…

Obudziłem się dzisiaj o 5:30. Tradycyjnie niedospany, ale nie na tyle, żeby utracić świadomość uciekającego czasu. Za oknem padał deszcz i naprawdę było to najłagodniejsze określenie tego, co zobaczyłem. Z drugiej strony widać było raczej niewiele, bo na dworze było ciemno jak w tyłku. Całości w podmiejskim krajobrazie dopełniała warstwa smogu, subtelnie otulająca mury budynków. Postanowiłem wrócić do łóżka i przemyśleć jeszcze raz decyzję, czy warto wychodzić na zewnątrz. Położyłem się i po cichu liczyłem, że Morfeusz ponownie zaprosi mnie do swojej krainy. Nic z tego, myśl o treningu w taką pogodę, tak mnie stresowała, że nie potrafiłem zamknąć oczu. „Dobra, pakuję torbę i jadę na siłownię” – postanowiłem, szybko zastanawiając się, jak przeorganizować ten niełatwy poranek.

Bieganie na zewnątrz a bieżnia elektryczna.

Mamy czwartek. W nogach mam 5 treningów do chwili napisania tego tekstu. 3 z 5 treningów wykonałem na bieżni elektrycznej. Główny powód, a w zasadzie jedyny powód, takiej decyzji to paradoksalnie… lenistwo. Poranna przypadłość, o której napisałem we wcześniejszym akapicie, to ostatnio norma w moim funkcjonowaniu. Ktoś zapyta, czy brakuje mi motywacji do treningu, do osiągnięcia 140 minut w maratonie? Nie! Jestem zajebiście zmotywowany, ale warunki jakie mamy na zewnątrz, to jakieś piekło biegacza. Wolę wykonać trening w komfortowych warunkach, przy wszystkich jego minusach, niż katować się na dworze.

Lekko nie było, ale wbrew górnemu wyświetlaczowi – żyję 🙂

No to dlaczego biegacze uważają, że bieganie na bieżni jest do bani?

  • Przede wszystkim przez monotonię. Tego nie da się ukryć. Trzeba mieć psychę niczym wybitny astronauta, żeby znieść dziesiątki kilometrów, fizycznie będąc de facto w jednym miejscu. Ja ratuję się muzyką i filmami. Słuchawki bezprzewodowe i smartfon wielkości dachówki – pozwalają jakoś przetrwać te kilkadziesiąt minut.
  • Trening na bieżni jest rzekomo mniej efektywny, bo między innymi nie zderzamy się z oporem powietrza oraz nie zmuszamy mięśni dokładnie do takiej pracy jak na dworze. Na „taśmie” nie przenosisz ciężaru ciała do przodu, to taśma wsuwa się Tobie pod tyłek.
  • Kiepski, nieskalibrowany sprzęt. To kolejny słuszny argument. Pamiętam, jak kiedyś przebiegłem na elektryku półmaraton w 1:13:30, nie opuszczając strefy komfortu :). Plus był taki, że przez ok. 48 godzin myślałem, że jestem geniuszem treningu i świat będzie należał do mnie (kiedyś będzie;)). Później okazało się, że jestem „jednym z kolejnych” oszukanych przez maszynę, która zawyżała tempo i dystans na wyświetlaczu.
    Odwrotny przypadek – raz niemal straciłem wszystkie zęby i pobiłem rekord w skoku w dal. Nie miałem pojęcia, że bieżnia resetuje się po 100 minutach biegu. Akurat robiłem ostry finisz w tempie 3:00/km. Reset bieżni wyglądał w ten sposób, że na wyświetlaczu pojawił się napis „RESET” i w ciągu 2 sekund taśma stanęła w miejscu. Napiszę tylko tyle, że po akrobacji, którą musiałem wykonać, spokojnie mógłbym zostać trenerem sekcji kaskaderskiej.
  • Higiena na siłowni. Wiem, wiem, sanepid, BHP i inne tego typu rzeczy regulują te sprawy. Sam powtarzam, że od brudu nikt jeszcze nie umarł. W praktyce jednak, bardzo wiele zależy od konkretnego miejsca. O ile przez większość cyklu treningowego jest to sprawa drugorzędna, o tyle w okresie bezpośrednio poprzedzającym ważne zawody, lepiej unikać wszystkich miejsc gdzie stężenie bakterii i wymiana wirusów jest na podwyższonym poziomie. Do takich niestety należą siłownie, sauny, baseny i inne obiekty sportowe ogólnodostępne. Nie ma co popadać w paranoję, ale ostatnie 2 tygodnie przed maratonem szkoda ryzykować złapania jakiegoś choróbska.

Czy te słuszne argumenty, są w stanie wypchnąć mnie o 5 rano wprost na deszcz, śnieg i lód? Nie, bo elektryk ma również dużo zalet:

  • Dla formalności odnotuje na pierwszym miejscu – niezależność od pogody. Nie ma co więcej pisać.
  • Jesteś (pół)maratończykiem? Trenuj na konkretnym tempie! Brak obiegania na konkretnym tempie startowym, które Cię interesuje, to podstawa do odpowiedniego przygotowania się na wysiłek. Na bieżni, dzięki izolacji od warunków zewnętrznych (wiatr, lód) możesz ustawić dokładnie takie tempo jakie potrzebujesz.
    Dygresja
    Tempo startowe na zawodach, nie może być tempem „życzeniowym”, powinno ono wynikać bezpośrednio ze zrealizowanego programu i efektów jakie zostały pośrednio osiągnięte.
  • Poprawa termoregulacji – wiosenne maratony w przeciwieństwie do jesiennych, zbierają prawdziwe żniwo w obszarze przygotowania do odpowiedniej temperatury. Na wiosnę jesteśmy w kijowej sytuacji, bo kończymy okres niższych temperatur i wchodzimy w wyższe. Organizm potrzebuje czasu żeby się przestawić. Na jesień jest zdecydowanie łatwiej – z wysokich temperatur wchodzimy w niższe.
    Podchodzę (nomen omen), na chłodno do statystyk i wyciągania radykalnych wniosków z badań laboratoryjnych, ale te wskazują, że większość osób zaczyna na maratonie zwalniać dużo wcześniej niż się im wydaje, jeszcze przed dotarciem do legendarnej ściany na ok. 30 kilometrze, właśnie z powodu przegrzania!
    Trening na bieżni w okresie zimowym świetnie podkręca nasz mechanizm termoregulacji. Oczywiście możemy narzekać, że pocimy się jak różowe, parzystokopytne zwierzęta, które smakują świetnie na talerzu z kapustką i ziemniaczkami, ale to też element zwiększający Twoje szanse na udany start!
  • „Biegaj po górkach” – powiedział trener, a Ty szukaj teraz we Wrocławiu podbiegu. Kto odwiedził stolicę Dolnego Śląska ten wie, o czym piszę. Znalezienie dłuższego podbiegu w moich okolicach, to jak szukanie buddyjskiego mnicha w kasynie. Jak się trafi jakiś, to albo z mnichem coś nie tak, albo kasyno wątpliwe.
    A na bieżni – odpalasz nachylenie i tempo jakie jest Tobie potrzebne i drałujesz pod górę, aż miło.
  • Trening na bieżni elektrycznej niesie ze sobą jeszcze jeden plus, nie bezpośredni, ale równie ważny. Dotarłeś na siłownię, zrobiłeś swoje na bieżni, to doskonały moment żeby wykorzystać okoliczności i dołożyć 10-15 minut ćwiczeń z użyciem przyrządów! Wracając do domu po bieganiu na mrozie, nikt mnie nie zmusi do przebrania się w krótkie spodenki i rozpoczęcia serii ćwiczeń dodatkowych. Pierwszą i ostatnią rzeczą, którą robię, a która wiąże się z zakończonym treningiem biegowym, jest prysznic. Żadna siła nie zmusi mnie do wykonania kolejnych ćwiczeń. Na siłowni przychodzi mi to zdecydowanie łatwiej.

Czekam, aż we Wrocławiu zamontują mi telewizor przed bieżnią. 🙂

Z powyższego tekstu chciałbym żeby płynęły dwa wnioski, choć te zapewne wyciągniecie sami. Pierwszy jest taki, że bieżnie elektryczne zostały mocno zdemonizowane przez konserwatystów biegających cały rok w terenie, co uważam za spory problem wśród średnio zaawansowanych biegaczy. Nie bójcie się elektrycznej bieżni! Naprawdę,  z jej pomocą można przygotować świetną formę. Drugi wniosek jest taki, że jak ze wszystkim w bieganiu i życiu – umiar i rozsądek, to złoty środek do sukcesu. Piszę to z kolei w opozycji do pomysłów typu: „Skoro bieżnia ma tyle plusów, to będę biegał tylko na niej.” – najlepszy program treningowy, to taki który serwuje nam zróżnicowane bodźce. Trenujmy na bieżniach, ale walczmy również z naszymi słabościami, wychodząc od czasu do czasu na dwór podziwiać naszą piękną polską zimę ;). W końcu do biegania istnieją podobno dwa rodzaje pogody: dobra i bardzo dobra ;).

2 Replies to “Elektryka, pogoda nie tyka.”

    1. Hej,
      To zależy co chcesz osiągnąć na danym treningu.
      Jeżeli idziesz na siłownie, bo chcesz pracować nad wytrzymałością biegową, to zaczynasz od biegania, a ćwiczenia dokładasz na koniec jako dodatek.
      Jeżeli idziesz na siłkę z myślą o poprawie sprawności ciała, a element biegowy ma stanowić dodatek – coś w rodzaje „dopalenia kilku kalorii”, to zaczynasz od ćwiczeń.

      Zasada jest taka, że po rozgrzewce, zaczynasz od tego co jest najważniejsze, bo wówczas masz najbardziej podatny na zmiany układ nerwowy, masz prawdopodobnie najwyższy poziom motywacji i zasoby energetyczne do treningu. Na koniec korzystasz z rezerwy, więc wykonujesz to co ma drugoplanowe znaczenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *